8 lipca 2017

Nothing remains except for the wounds

It's no mystery I adore run-down and ugly places - that is, the ones people with mainstream tastes would regard as such, because for me they are indeed run-down and charming. Whenever place like this gets renovated it saddens me only a little less than it would in case of tearing it down - a smooth layer of plaster can't impress me as much as paint peeling off, as moss spreading among broken tiles and as bricks peeking from a hole in plaster do. Yet people are happy with buildings deprived of whole pre-war atmosphere and made into some disgusting offices, because it's new, so of course it's good...
I mean, I know where is this coming from: such places are tightly shut, with security guards, dogs and barbed wire, despite the fact no works are done there for years. If the access was easier and I were able to explore them in their decaying glory - duuude, pump as much money into them as your bank account allows you to. But when no exploring - butthurt incoming.
On the other hand, I don't hide the fact that urban decay is really pretty and atmospheric for me, so this is an important factor, too. And if sometimes a falling brick hits someone in the head... well, you always gotta pay for beauty, duh!

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam miejsca zapuszczone i brzydkie - a przynajmniej jawiące się takimi ludziom o podstawowym guście, bo dla mnie są zdecydowanie zapuszczone i urokliwe. Remonty takich smucą mnie tylko odrobinę mniej, niż rozbiórki - gładziutko położona szpachla w "nowoczesnym" neutralnym kolorze nie potrafi mnie zachwycić tak, jak łuszcząca się farba, mech pełznący pośród potłuczonych kafelków czy cegła widoczna spod obtłuczonego tynku. A ludzie się cieszą z wstrętnych biurowców panoszących się we wnętrzach wyrugowanych z całego przedwojennego klimatu, bo grunt, że nowe jest...
Znaczy, ja wiem, jaką podstawę ma ta bolączka: taką, że takie miejsca są pozamykane na 50 spustów, obwarowane cieciami, psami i drutem kolczastym, choć przez całe lata nie są prowadzone w nich żadne prace. Gdyby dostęp do nich był łatwiejszy i było mi dane je zwiedzić w ich naturalnym stanie - paaanie, a ładuj se pan w nie tyle forsy, ile konto bankowe pozwala. A tak? Nie ma eksplorowania - jest ból dupy.
Choć fakt, że miejski upadek jest po prostu dla mnie ładny i klimatyczny, też jest nie do przecenienia. A że czasem cegła na głowę spadnie... za piękno od zawsze się płaci jakąś cenę, ot!




Lace kimono with fringe - thrift store koronkowe kimono z frędzlami
Blouse with beading - thrift store strega fashion polska
Witchy chiffon skirt - altered thrifted dress (Raven) stylizacje strega fashion pomysły
Maxi tulle skirt - H&M polska gotka strój
Oriental choker - tourist shop in Rethymno orientalny naszyjnik srebrny
Bat necklace - Restyle naszyjnik nietoperz
Skulls and crosses necklace - Holycreep naszyjnik czaszki i krzyże
Egyptian lotus earrings - Allegro egipskie kolczyki Egipt
Bracelets with big black stones - Lokaah orientalna bransoletka z kamieniem
Chain slave bracelet - Lokaah bransoletka z pierścionkiem
Slave bracelet with drops - olx stylizacja w stylu goth gothic
Big black and triple black rings - H&M
Blue goldstone and raindrops rings - Lokaah


My whole home city, Lodz, has a reputation of being run-down and ugly. It's easy to judge it by its cover or go with stereotype - in reality the appearance of this poor city is a result of its history, a quite unfortunate one, by the way. It's like a history of a school scapegoat, first bullied by the popular kids, later also by everyone else - after some time nobody can explain why this particular person is being bullied, but it has to be like that, because everyone does it. And I've said once I cherish all things unwanted and unneeded (and I had been bullied in school, too).
But this city is changing rapidly these days and with every renovated building or street routed anew it feels ever more foreign to me... So I'll keep clinging to every open wound on its fabric as long as I can, documenting what always was close to me. Just like today, last remains of Ludwig Geyer's factories on Piotrkowska Street, factories of a man who was one of the founding fathers of this city's immense textile industry. I'm proud I managed to capture on these photos how these ruined giants stand along the representative street, opposite our main museum and a park - yet they stand so silently, like unseen by anyone...

Cała Łódź uchodzi za miejsce zapuszczone i brzydkie. Łatwo jest ocenić po pozorach lub ulec ogólnopolskiemu stereotypowi - tak naprawdę wygląd tego nieszczęsnego miasta jest wypadkową jego historii, zadziwiająco zresztą przykrej. Jest to historia niczym tego szkolnego kozła ofiarnego, wpierw wyśmiewanego przez wpływową garstkę, potem przez wszystkich - po czasie nikt nie potrafi powiedzieć, czemu wszyscy się z niego śmieją, ale każdy to robi, bo tak robią wszyscy. Wspomniałam już kiedyś, że ukochuję wszystkie rzeczy niechciane i zepchnięte na dalszy plan (sama zresztą byłam gnębiona w szkole).
To miasto wszakże się szybko zmienia ostatnimi czasy i z każdym odnowionym budynkiem czy poprowadzoną na nowo ulicą jest mi coraz bardziej obce... Dlatego, póki mogę, będę się przylepiać do wszystkich niezaleczonych ran w jego tkance, uwieczniając na zdjęciach to, co zawsze było mi bliskie. Jako i dziś, resztki fabryk Ludwika Geyera na Piotrkowskiej, jednego z ojców założycieli włókienniczej potęgi tego miasta. Jestem dumna, że na tych zdjęciach udało mi się złapać to dziwne wrażenie, że te zrujnowane kobyły stoją przy reprezentacyjnej ulicy, na wprost najważniejszego muzeum i parku - a tak cichutko, jakby były niezauważane przez nikogo...


















A not too fancy layered outfit; I just wanted to wear this beaded blouse before ripping it apart and turning it into a part of another ATS skirt.

Taki tam niewyszukany warstwowy strój; chciałam po prostu założyć do czegoś tę paciorkową bluzkę przed przemieleniem jej w część kolejnej ATS-owej spódnicy.