17 grudnia 2017

Don't call my name

Do you know what lies behind your name? Do you know what language it originates from and what does it mean in it? Personal names are for us, the modern people, just a bunch of random letters which sound more or less pleasantly. They don't mean much for us, that's why we're so partial to nicknames, subconsciously driven by a wish to be called by a name that's somehow closer to our nature - and a wish to conceal the true one. There probably is some psychological basis to such thinking, but I'm not a psychologist, I'm a classicist - and what if I'll tell you: it's ancient magic?

Czy znasz znaczenie swojego imienia? Czy wiesz, z jakiego języka pochodzi i co w nim oznacza? Imiona są dla nas, współczesnych, mniej lub bardziej przyjemnie brzmiącymi zbitkami przypadkowych liter. Niewiele dla nas znaczą, dlatego chętnie zwracamy się ku pseudonimom, podświadomie kierując się chęcią nazywania się mianem, które jest bliższe naszej naturze - jak i chęcią ukrycia prawdziwego. Zapewne taki tok myślenia ma podstawy psychologiczne, ale ja nie jestem psychologiem, ja jestem klasykiem - i co, jeśli powiem: to starożytna magia?



Before the dawn of rational thinking magical practices were inseparably intertwined with every part of life. It's only natural, that this one word meant to accompany every man since his birth until death, was also seen as magical. The name was an essence of a person since the oldest times, not only it sounded pleasantly, but had a very specific meaning. To know it and to use it in magical spells meant obtaining control over said person. On the other hand, damnatio memoriae, erasing someone's name from the memory, was condemning them to eternal nonexistence. Have you heard about female pharaoh Hatshepsut? She was a victim of such practice, we know her name just because some evidences of her reign happened to survive. And Egyptian beliefs were very strict in this case - if a name is not remembered, a person dies in the afterlife.

Przed nastaniem prymatu myślenia racjonalnego praktyki magiczne były nierozerwalnie związane z każdą sferą życia. To zrozumiałe, że to jedno słowo, które miało towarzyszyć każdemu człowiekowi od jego narodzin po śmierć, także było magiczne. Imię od najdawniejszych czasów było esencją danej osoby, miało nie tylko miłe dla ucha brzmienie, ale także i konkretne znaczenie. Poznanie go i użycie w celach magicznych oznaczało posiadanie władzy nad daną osobą. Z drugiej strony damnatio memoriae, wymazanie z pamięci czyjegoś imienia, skazywało osobę na wieczne nieistnienie. Obiła się wam o uszy faraon Hatszepsut? Ona właśnie była ofiarą takiej praktyki, znamy jej imię tylko dlatego, że kilka świadectw jej rządów się zachowało. A egipskie wierzenia były bardzo dobitne w tym przypadku - jeśli imię nie jest pamiętane, osoba umiera w życiu pośmiertnym.



Name magic was believed to be so powerful it worked not only against people, but also gods and other supernatural beings. In Ancient Egypt the goddess Isis created an elaborate scheme to learn the true name of king of gods, Re. Lilith in one version of her myth escapes from Adam by saying the secret name of god. In the Bible Jacob wrestles with an angel, tells him his name which the angel changes to another - and refuses to return the favour. Outside religions there's also Odysseus, whose long homecoming was a direct result of foolishly revealing his name after blinding Polyphemus. There's a fable about Rumpelstiltskin. There is also our very modern Beetlejuice. All these stories are linked by believing that turning someone's true name against them forces them to cooperate.

Magia imienna była uznawana za tak potężną, że działała nie tylko na ludzi, ale też na bogów i inne byty nadnaturalne. W Starożytnym Egipcie Izyda uciekła się do podstępu, by poznać sekretne miano króla bogów, Re. Lilith w jednej z wersji swojego mitu uciekła od Adama dzięki wypowiedzeniu tajemnego imienia boga. W Biblii Jakub mocuje się z aniołem, wyjawia mu swoje imię, które anioł zmienia na inne - i odmawia podania swojego. Poza religiami jest chociażby Odyseusz, którego wieloletnia tułaczka była bezpośrednim wynikiem jego niebacznej przechwałki swoim prawdziwym imieniem po oślepieniu Polifema. Jest baśń o Titeliturym. Jest i nasz całkiem współczesny Beetlejuice. Wszystkie te historie łączy to wiara w to, że posłużenie się przeciw komuś jego prawdziwym imieniem zmusza go do współpracy.



Another method was to use a huge load of epithets - after all, the more names we can use for someone, the better we know them. And the better we know them, the more they feel obliged to meet our demands, right? The prayers in any given polytheistic religion are full of this; let's take Greek tradition, where gods had lots of titles. Especially the chthonic gods were never referred to by their names out of fear, but only by euphemisms (Hades, for example, is known as 'Polydegmon' - 'the Hospitable'. You can't really argue with this - after all, the lord of the dead invites everyone >D). But Ancient Greece is not everything - Middle Eastern amulets against demons from 4th century CE use so many names of various divinities that it's impossible to guess whether they had belonged to a Christian, a Jew, a pagan or a Manichaean. And to this day Christianity loves using litanies, based on the very principle of using as many epithets as author could think of. That's pagan.

Inną metodą było użycie jak największej ilości epitetów - końcu im większą ilością imion możemy kogoś nazwać, tym lepiej go znamy. A im lepiej go znamy, tym bardziej czuje się zobowiązany do spełnienia naszych żądań, prawda? Modlitwy dowolnej religii politeistycznej są pełne tego; choćby tradycja grecka, gdzie bogowie mieli mnóstwo tytułów. Szczególnie o bogach chtonicznych nie wypowiadano się z nabożnego strachu inaczej, jak poprzez eufemizmy (Hades na przykład jest między innymi "Polydegmon" - "gościnny". Ciężko się z tym kłócić - władca zmarłych przyjmuje wszystkich [na after w Hadesie] >D). Ale starożytna Grecja to nie wszystko - bliskowschodnie amulety przeciwko demonom z IV wieku n.e. są tak eklektyczne w szastaniu świętymi imionami, że nie da się rozpoznać, czy należały do chrześcijanina, czy żyda, czy poganina, czy manichejczyka. I do dziś chrześcijaństwo lubuje się przecież w litaniach, opartych na tej samej przecież zasadzie wymienienia tylu epitetów, ile przyszło autorowi do głowy. To pogańskie.



But there are also nameless gods. Like a certain peculiar deity, the head of the three biggest monotheistic religions in the world. Do you know his name? Yahveh/Yehovah? Tricky, but no - Hebrew alphabet is consonantal, the vowels in this word are a modern convention, sice the original, Old Hebrew articulation was forgotten. Nothing strange in this - only the high priest could say it, only on one day, one-to-one with his deity in the Holiest of Holies (his robe had tiny bells which had to make noise as he entered the room - should he come silently, the god would kill him). Or maybe you've heard El, Elohim or Adonai? These are titles - 'god', 'gods', 'my lords' (yes, it's plural, probably pluralis maiestatis). Allah? That's as much a name as Frech 'dieu' or Spanish 'dios' - it's 'god' in Arabic, simple as that.
Let me ask you once again - do you know the true name of the god of the religions which rule the world? And if the power they have comes from it being impossible to bind this deity to anyone's will by using his true name, since the dawn of his times... And I really hate this dude.

Ale są bogowie bezimienni. Na przykład pewne specyficzne bóstwo, głowa trzech największych monoteistycznych religii na świecie. Czy znacie jego imię? Jahwe/Jehowa? Cwane, ale nie - alfabet hebrajski jest spółgłoskowy, samogłoski w tym słowie są umowne i dodane współcześnie, jako że oryginalne, starohebrajskie brzmienie, zostało zapomniane. Nie ma co się zresztą temu dziwić - jedynie najwyższy kapłan miał prawo wypowiedzieć imię boga, i to tylko w jeden dzień w roku, sam na sam z bóstwem w Świętym Świętych (jego szata miała przyszyte dzwoneczki, które musiały brzęknąć przy przestępowaniu progu - w przypadku cichego wejścia bóg karał śmiercią). A może komuś obiło się o uszy El, Elohim albo Adonai? To epitety - "bóg", "bogowie", "moi panowie" (tak, to liczba mnoga, zapewne pluralis maiestatis). Allah? Jest imieniem w takim samym stopniu co angielski "god" czy hiszpański "dios" - czyli żadnym, to "bóg" po arabsku.
Pozwólcie mi powtórzyć pytanie - czy ktoś zna prawdziwe imię boga religii, które trzęsą światem? I czy ich potęga bierze się z tego, że nie można nagiąć ich bóstwa do swojej woli poprzez prawdziwe imię, od zarania jego dziejów... I szczerze nienawidzę typa.





Embroidered black anarkali - thrift store
Black underskirt - thrift store
Afghan necklace - Allegro
Tribal earrings - Lokaah
Scarab ring - British Museum
Rest of rings - Lokaah
Headdress - combined from H&M roses, anklet from Chania and handmade headdress with feathers and pearls
Fake septum - Lokaah



Today a place I've been wanting to show one day since I've moved here for the first time - the Wroclaw cathedral, one of the symbols of this city. It was the first brick building in Poland when its construction began in 13th century. It's marvellous, full of tiny details - windows on both towers have different traceries, the whole building looks very different from each side, there are some weird tiny nonsense towerlets here and there, and this fantastic portal that looks like lace work <3 Unfortunately, like many landmarks in post-war cities, it's not authentic, but rebuilt. Why during rebuilding nobody got rid of these Baroque chapels, which go with haughty beauty of Gothic architecture as well as flowers with fur, I'm unable to understand...
Fun fact: my burning hatred for Baroque add-ons to Gothic churches have probably started when I was sightseeing this very cathedral 10 years ago.

Dziś na deser miejsce, do którego przymierzałam się właściwie od pierwszej przeprowadzki tutaj - wrocławska archikatedra, jeden z wielu symboli tego miasta. W momencie swojej budowy w XIII wieku była pierwszą murowaną budowlą w Polsce. Jest fantastyczna, pełna drobnych detalików - okna na obu wieżach mają inne maswerki, sam budynek z każdej strony wygląda zupełnie inaczej, jakieś dziwne wieżyczki bez sensu tu i ówdzie, i do tego ten cudowny portal koronkowej roboty <3 Niestety, jak większość zabytków w miastach zniszczonych wojną, nie jest autentyczna, a w znacznej części odbudowana. Dlaczego przy odbudowie nikt nie pozbył się tych szkaradnych barokowych przybudówek, które pasują do wyniosłego piękna gotyku jak kwiatek do kożucha, tego nie pojmę...
Zabawny fakt: moja gorejąca nienawiść do zbarokizowanych budowli gotyckich prawdopodobnie wzięła się dokładnie od zwiedzenia tejże katedry 10 lat temu.




What's with those Baroque abominations D:


'I'm going to start the new semester by dressing modestly', said Ra to herself while packing an ankle-length anarkali dress (that's a modest length!) and somehow ended up in an almost Byzantine garb. Yeah, go big or go to church >D

"Zacznę ten semestr ubierając się skromnie", powiedziała do siebie Ra pakując anarkali do kostek (to skromna długość!) i jakimś cudem skończyła w niemalże bizantyjskim stroju. Go big or go to church >D

1 grudnia 2017

Spookwave

I'm back in Wroclaw for university. This academic year didn't start well for me - for the first week I was forced to live in a hostel, neglecting my classes for frantic yet fruitless quests for a place to live. I think I can freely say I've made more phone calls to strangers during this week than during my whole life. And... well. Lack of contact with academic environment and returning to it on an advanced level never goes without pain. If there's something you love doing - try not to take breaks from it. But everything is stable now.

Wróciłam do Wrocławia na studia. Nie zaczął się dla mnie ten rok akademicki dobrze - przez pierwszy tydzień zmuszona byłam mieszkać w hostelu, zaniedbując zajęcia na rzecz gorączkowych a bezowocnych wojaży po mieście w poszukiwaniu mieszkania. Dość powiedzieć, że przez całe swoje życie nie wykonałam tylu telefonów do obcych osób, co przez ten tydzień. Ponadto... no cóż. Brak kontaktu ze środowiskiem naukowym i powrót do niego na zaawansowany poziom nigdy nie przechodzi bezboleśnie. Jeśli jest coś, co uwielbiacie robić - nie fundujcie sobie wielomiesięcznych przerw od tego. Ale jest już stabilnie.



Vinyl skirt - H&M
Batwing blouse - thrift store
Bat necklace - Restyle
Moon earrings - Restyle
Skipper cap - Sterkowski
Fishnet gloves - Allegro
Studded and cross bracelets - Lokaah
Black pearl bracelets - Chinese market
Bangles - H&M
Winklepickers - Mango


I live close to the river now and I couldn't be any more happier in this city  <3

Mieszkam teraz w pobliżu rzeki i nie mogłabym już być w tym mieście szczęśliwsza <3



PVC is a difficult fabric. It's very easy to look cheesy in it, but is it possible to tone it down and make it elegant? Now, a 'cheap ho from the 80s'-type skirt immediately excludes any elegance (I don't even like it anyway), but toning it down was doable. I found it the easiest to achieve with shapeless knitted blouse, because these two traits are perfectly opposite from fetishwear. Yet the skipper cap does have a certain air about it and I cannot say it was an accidental choice >D
I call this look 'I'm Binge Listening To Depeche Mode', because that's what I've been doing back then anyway.

Winyl jest trudnym materiałem. Bardzo łatwo wyglądać w nim ordynarnie, ale czy da się go stonować i uczynić eleganckim? Krój spódnicy taniej prostytutki z lat 80 z definicji wyklucza elegancję (nie lubię jej zresztą), ale stonowanie było jak najbardziej wykonalne. Najłatwiej było mi tego dokonać za pomocą bezkształtnej dzierganej bluzki, bo obie te cechy są dokładnie przeciwne od mody spod znaku fetyszu. Kaszkiet akurat ma już pewne konotacje i nie mogę powiedzieć, że było to przypadkowe >D
Nazywam tę estetykę "Obsesyjnie Słucham Depeche Mode", bo to zresztą w tamtym czasie robiłam.

17 listopada 2017

Do you love this craft?

Continuing the topic from the previous entry - which of Lovecraft's stories are my favourite? Which would I get rid of in a fire? And which one... scared me?

Kontynuując temat poddany w poprzednim wpisie - które z opowiadań Lovecrafta są moimi ulubionymi? A których najchętniej pozbyłabym się w ogniu? I któremu udało się mnie... wystraszyć?



Although there probably is a reason as to why some of his stories are better known than the others, I find myself not too fond of those 'top' ones. There are some popular titles in this entry, but more of the less known ones... Among way too repetitive plots, full of eldritch cults and treating the reader like an imbecile, my attention is caught by those were he dared to be different. What differs the most is the Dream Cycle, and it shouldn't be surprising most of my faves belong to it (although there is some cheesy shit, too. Especially one.)

Choć jest zapewne jakiś powód stojący za tym, że niektóre z jego tytułów są bardziej znane niż inne, to nie wszystkie te rzekomo naj- przypadają mi do gustu. Jest w tej notce kilka popularnych, ale więcej tych mniej docenianych... Pośród koszmarnie podobnych do siebie fabuł, pełnych bluźnierczych tubylczych kultów i traktowania czytelnika jak idioty, moją uwagę przykuwają przede wszystkim te, w których odważył się różnić. Najbardziej różni się tak zwany Dream Cycle, i to spośród niego rekrutuje się większość moich faworytów (chociaż tu też są kwasy. Jeden zwłaszcza.).



TOP 3 / ULUBIONE 3
The Quest of Iranon - well hello there, my absolute number 1 is a niche story which is pretty much a parody and Lovecraft himself didn't like it. It's not even a horror story - maybe that's why I'm so fond of it, because it's not forced? - it simply follows a dreamy aoidos wandering through the dreamland, sketching wonderful descriptions of its beauty, specked here and there with romanticized image of Antiquity. And it's so so sad.

Droga Iranona - a więc tak, moim absolutnym numerem 1 jest niszowe opowiadanie, które jest w gruncie rzeczy parodią i sam Lovecraft go nie lubił. To nawet nie jest opowiadanie grozy - i może dlatego je tak lubię, bo nie sili się na nic? - podąża za marzycielskim aojdą podróżującym przez krainę snów, kreśląc jej cudownie piękne opisy, naznaczone tu i ówdzie zromantyzowaną wizją antyku. I jest bardzo, bardzo smutne.


The Colour out of Space - oh yes. Like, this is Lovecraft's typical cosmic horror a man cannot understand, but this one is not described as monstrous in form, it doesn't even look organic. A parasitic being which distorts all life nearby causing it to turn slowly into ash in agony - and a man can't do anything about it except succumbing.

Kolor z przestworzy - o tak. Niby typowy dla tego autora motyw niezrozumiałej dla człowieka kosmicznej grozy, ale ta pozbawiona jest przy tym potwornych kształtów, czy choćby kojarzących się organicznie. Pasożytniczy pozaziemski byt, przez który całe pobliskie życie wypacza się i w powolnej agonii kruszeje w popiół - a człowiek nie może z tym zrobić nic poza poddaniem się mu.


The Dreams in the Witch House - higher mathematics intertwined with mysterious magical rites originating eons ago - now that's exactly what I like Lovecraft for. And child sacrifice!

Sny w domu wiedźmy - wyższa matematyka zgrabnie połączona z tajemnymi wierzeniami magicznymi o pradawnym rodowodzie - to jest dokładnie to, za to lubię Lovecrafta. A do tego ofiary z dzieci!



OTHER FAVOURITES / INSZE ULUBIONE
The Strange High House in the Mist - I find this one... weirdly warm; probably against the intended effect, but there's too much watery stuff going on for me to feel otherwise. And at least one time where gaining hermetic knowledge doesn't end up in insanity.

Dziwny wysoki dom wśród mgieł - to opowiadanie odbieram jako... dziwnie ciepłe; pewnie wbrew intencjom, ale za dużo dla mnie w tym wody, żeby było inaczej. I przynajmniej raz zdobycie hermetycznej wiedzy nie wiąże się z utratą rozumu.


The Music of Erich Zann - the worst cliffhanger ever, but these descriptions... 'only the blackness of space illimitable; unimagined space alive with motion and music, and having no semblance to anything on earth' <3

Muzyka Ericha Zanna - najgorszy cliffhanger świata, ale te opisy... "czerń bezkresnej otchłani... niewyobrażalnej, wypełnionej tylko ruchem i muzyką, nie przypominającej niczego, co ma związek z ziemią" <3


Polaris - now this is almost a Greek tragedy. You can feel the irony of fate.

Polaris - toż to niemalże grecka tragedia. Aż czuje się tę drwinę losu.


The Doom that Came to Sarnath - I'm just weak for punishment of hubris and fall of proud cities - and when there are also reptilian water deities in the background... yes.

Zagłada Sarnathu - mam po prostu słabość do kary za hybris i upadku dumnych miast - a gdy jeszcze w tle są jaszczurcze wodne bóstwa... tak.


Memory - a few lines. No plot, no action. Completely unrelated to anything Lovecraft ever wrote. But there is so much beauty of vanitas.

Pamięć - kilka linijek. Zero akcji. Kompletnie oderwane od wszystkiego, co Lovecraft kiedykolwiek napisał. Ale jest tak wanitatywnie piękne.


What the Moon Brings - another one without plot, but with words tied together in an obscenely beautiful way.

Co przynosi księżyc - kolejny bez akcji, za to z obrzydliwie pięknym związaniem słów.



SCARED ME / WYSTRASZYŁO
The Thing in the Moonlight - as scary as it's beautiful. Unbelievably aesthetic setting with marshes, plateau and an old-fashioned trolley car in the middle of nowhere; a fantastic dreamy surrealism like on paintings of my favourite painter, Paul Delvaux. And on the top of this a marvellously conducted description of the monster, without this Lovecraft's typical slobbering over how insanely scary the sight is - instead, there is only one sentence; and how suggestive it is...

Rzecz w świetle księżyca - jest i straszne, i piękne. Niesamowita estetyka otoczenia z bagnami, równiną i staroświeckim wagonem tramwajowym pośrodku niczego; fantastyczny senny surrealizm jak z obrazów mojego ulubionego malarza, Paula Delvauxa. I na dodatek doskonale poprowadzony opis potwora, bez typowego dla Lovecrafta roztkliwiania się, jak bardzo jego widok odbiera zmysły - zamiast tego jest tylko jedno zdanie, a jak sugestywne...



KILL IT WITH FIRE / ZABIĆ TO OGNIEM
Herbert West - Reanimator - okay, the idea is pretty fine. But did it really need to have every chapter starting with reminding what have happened in the previous ones? Repeating the same phrases? The chapters aren't even that long for it to be justified. And this ending - it truly deserves the prize of a Diamond Horsecock for being the most retarded ending I've ever seen.

Herbert West - Reanimator - pomysł jest dobry. Ale czy naprawdę trzeba na początku każdego rozdziału przypominać, co działo się w poprzednich? Powtarzać te same frazy? A rozdziały nie są nawet długie, by to było jakkolwiek usprawiedliwione. I jeszcze to zakończenie - zasługuje na nagrodę Brylantowego Kutasa za bycie najbardziej zidiociałym, jakie w życiu widziałam.


The Horror at Red Hook - ...all I've written from my thoughts while reading this one was 'gods, this is so bad'. I don't really feel like double-checking what exactly caused this, so let's just simply stick to it deserving burning.

Horror w Red Hook - ...moje przemyślenia zapisane naprędce brzmiały "bogowie, jakie to jest złe" i nie bardzo chce mi się sprawdzać, co dokładnie to spowodowało. Po prostu zostańmy przy tym, żeby spalić.


The Street - just like above, except this time my reaction was 'NO'. You see, if I've made the effort to use uppercase in a quick writing, then I had to really mean it.

Ulica - jak wyżej, tylko tutaj reakcja brzmiała "NIE". Jeśli w przemyśleniach na gorąco postarałam się o użycie wielkich liter, to coś musiało być mocno na rzeczy.


Facts Concerning the Late Arthur Jermyn and His Family - pretentious titles never seem to herald a good story, huh? Everyone who's not a white baron of English origin is evil, plus absolutely screwed up paleoanthropology. And the undertones of weird fetish of possibility of having sex with a savage, much more visible than in The Shadow over Innsmouth; I'm guessing that must have been quite an alluring idea in his times, now it's just plain disgusting.

Ustalenia dotyczące zmarłego Arthura Jermyna i jego rodu - pretensjonalne tytuły nigdy nie zwiastują dobrej treści, hm? Każdy kto nie jest anglosaskim baronem jest zły i do tego całkowite pomieszanie paleoantropologii. Plus przebijający spod tego dziwny fetysz perspektywy seksu z dzikusem, znacznie wyraźniejszy niż w Cieniu nad Innsmouth; podejrzewam, że idea dość nęcąca w jego czasach, dzisiaj żenuje.


The Dream-Quest of Unknown Kadath - this is exacly what I've referred to earlier as cheesy shit from Dream Cycle. Do not touch; I have no idea what he wanted to convey with this novel, but it turned out as a very tiring and very weak fantasy story. Long forms do Lovecraft ever more harm than his own writing mannerisms.

W poszukiwaniu nieznanego Kadath - to jest to, co nazwałam wcześniej kwasem z Dream Cycle. Nie dotykać; nie wiem, co on chciał tą powieścią osiągnąć, ale jest wyszło mu bardzo męczące i bardzo słabe fantasy. Długie formy robią Lovecraftowi jeszcze większą krzywdę niż jego manieryzmy pisania.


Fungi from Yuggoth - now I'm not sure whether it's the Polish translation that butchered it, or is it really that wacky in English too, or is it my aversion towards poetry speaking, but I find it to be a real disaster with cheap rhymes.

Grzyby z Yuggoth - nie jestem pewna, czy to tylko polskie tłumaczenie to zmasakrowało, czy oryginał też jest aż tak bardzo przaśny, czy odzywa się moja niechęć do mowy wiązanej, ale to katastrofa z częstochowskimi rymami.


[photos from August; we're getting closer >D]




Vintage dress - thrift store, shortened by me gothic 80s velvet dress goth
Top hat - Allegro, with thrifted beaded scarf gotycki kapelusz
Platform booties - vinted gotycka stylizacja
Both bib necklaces - tourist shop in Rethymno buty kopytka
Spoon necklace - handmade gotka strój
Fishnet gloves - Allegro strój w stylu goth
Fake septum - Lokaah
Filigree earrings - Margoth von G


SurIndustrialle - my favourite place to catch up with friends when I'm in Lodz <3 I wrote about it once few years ago, not too long after it had opened, but the rightful things are to be said even several times. And I'm very happy in this unstable city such unbelievable place like this still exists and still evolves (deep-sea creatures in the toilet! <3) This twisted industrial decor made mostly from scrap metal, which looks like something taken straight out of alchemy lab running in an old-fashioned submarine, where the alchemist is conducting experiments on metal golems... and yet it's only a teahouse. Although on that day I've ordered not tea, but hot chocolate and chestnut cake - and judging from how giggly I was afterwards, it seems I've gotten high from all this sugar. I regret nothing, 14/10, it was the best hot chocolate I've ever had (the cake has no equals for me since a longer time >D).
And this decaying backyard of the tenement house... <3 That's how my city looks like and that's what I love it for.

SurIndustrialle - mój ulubiony lokal w Łodzi <3 Pisałam o nim kilka lat temu, niedługo po tym, jak się otworzył, ale rzeczy słuszne należy powtarzać i kilka razy. I niesamowicie się cieszę, że w tym niestabilnym mieście tak niesamowite miejsce nadal istnieje i ciągle ewoluuje (głębinowe stwory w toalecie! <3). Ten pokręcony, stworzony w większości ze złomu industrialny wystrój, wyglądający jak wprost z założonej we wnętrzu staroświeckiej łodzi podwodnej pracowni szalonego alchemika eksperymentującego na metalowych golemach... a tu ot, w środku niewinna herbaciarnia. Chociaż tamtego dnia zamówiłam nie herbatę, a czekoladę i keksik kasztanowy - i wnioskując po tym, jak bardzo potem byłam śmieszkowa, chyba byłam po nich na solidnym czekoladowym haju. Niczego nie żałuję, 14/10, to była najlepsza czekolada jaką piłam (bo keksik to w ogóle nie ma sobie równych >D).
I jeszcze ta oficyna-rudera... <3 Moje miasto tak właśnie wygląda i za to je kocham.






It's my most favourite type of dresses, I find myself unable to pass them up in thrift stores and majority of those I own look exactly like this D:

To mój bezwstydnie ulubiony typ sukienek, nie umiem im się oprzeć i większość, jakie mam, wygląda dokładnie właśnie tak D:

16 września 2017

A golden fern

I'm continuing my journey to look like a character from a fantasy world. Since it's dangerous to go alone, take this - I made myself a harem pantaloons to help me with this quest.

Kontynuuję moją podróż w celu wyglądania jak postać ze świata fantasy. Jako że it's dangerous to go alone, take this - poczyniłam haremowe pantalony do pomocy mi w tym zadaniu.



These pants, naturally, aren't a fantasy fashion - they had appeared a few fimes in Western fashion as a very short-lived and very scandalous fad (a costume designed by Charles Worth ca. 1870 and a magazine illustration from 1911) and originate from fashions of the Ottoman Empire. This country is not there anymore, but wide-legged pants remained on its former lands as a part of traditional costumes. They have slimmer legs nowadays, but in 19th and at the beginning of 20th centuries absurdly wide pantaloons were still in use: Algerian womanAlbanian womanKurdish man and orientalist painting by Frederick Bridgman, if these are any indicator of truth. Yet pants with such wide legs are widespread among ATS and tribal fusion dancers.

Te spodnie rzecz jasna nie są czymś ze świata fantasy - pojawiały się kilkakrotnie w modzie zachodniej jako bardzo krótkotrwały i bardzo kontrowersyjny trend (strój zaprojektowany przez Charlesa Wortha ok. 1870 roku i ilustracja z czasopisma z 1911 roku), a swój rodowód mają w modzie Imperium Osmańskiego. Państwa tego już nie ma, lecz spodnie z szerokimi nogawkami pozostały na jego dawnych terenach w tradycyjnych strojach ludowych. Mają one obecnie znacznie węższe nogawki - jednak w XIX i na początku XX wieku wciąż zdarzało się widywać absurdalnie szerokie pantalony: kobieta z Algierii, kobieta z Albanii, kurdyjski mężczyzna i orientalistyczny obraz Fredericka Bridgmana, jeśli takowe są jakimkolwiek wyznacznikiem prawdy. Tak szerokie są jednak nadal powszechne w użyciu wśród tancerek ATS i tribal fusion.


This cracks me up >D Pants with nearly 4,5 meters (14 feet) waist circumference, when was the last time you've seen such? I've sewn them from a chiffon saree and now I have lots of respect for people who work mainly with chiffon, what a bitch of a fabric.

Bardzo mnie to bawi >D Spodnie o niemal 4,5 metrowym obwodzie w talii, kiedy ostatnio zdarzyło się wam takie widzieć? Uszyłam je z szyfonowego sari i nabyłam mnóstwo respektu dla ludzi, którzy pracują głównie z szyfonem, co za kurewski materiał.

29 lipca 2017

Dripping Babylon of elder daemons

First of all and contrary to everything I'll write below - I like Lovecraft's prose. But with age I came to conclusion it's a borderline guilty pleasure for me. Powered by sentiment, on top of this. Calling him 'a master of horror' is ridiculous, because who can even find his works scary, three-years-olds? Unless we count this unnecessary pompousness of his words, because THIS can be horrific. His cheesy factor is unreal - everything is loathsome and eldritch, unspeakable, blasphemous, cyclopean and morbid... I do appreciate showing one's well-read, but when the same set of adjectives appears in each and every story, it begins to tire.

Przede wszystkim i wbrew temu, co napiszę poniżej - lubię prozę Lovecrafta. Z wiekiem doszłam jednak do wniosku, że to lubienie graniczące z guilty pleasure. A do tego napędzane sentymentem. Nazywanie go "mistrzem grozy" mnie bawi, bo kogo jego dzieła mogą przerażać, trzylatków? No chyba, że ta nadmierna pretensjonalność jego słów jest tym, co śmieszy, tumani, przestrasza - wtedy się zgodzę. Niesamowicie kiczowaty warsztat pisarski - wszystko jest odrażające i hybrydowe, nienazwane, bluźniercze, cyklopowe i zatrważające... doceniam erudycję, ale kiedy ten sam zestaw przewija się niemal w każdym opowiadaniu, zaczyna męczyć.


But words are nothing - worse is, the stories are hella repetitive. Lovecraft himself seems to notice this, being seemingly autoironic in 'The Unnamable': 'my constant talk about “unnamable” and “unmentionable” things was a very puerile device, quite in keeping with my lowly standing as an author. I was too fond of ending my stories with sights or sounds which paralysed my heroes’ faculties and left them without courage, words, or associations to tell what they had experienced.' - but just a paragraph later he brushes it off with stating everyone who thinks like this is 'sharing New England’s self-satisfied deafness to the delicate overtones of life'. On the top of this, every main character is a loner with a passion for old books and dreaming. I do have OCs myself, and I know everybody makes self-inserts and loves certain clichés, but come on. If someone cannot set differences between their characters, then they're not a good writer. I don't know about you, but I'd rather have deafness to the delicate overtones, than blindness to own repetitiveness, also pretty much self-satisfied.

Ale słowa to jeszcze nic - gorzej, że fabuły też są powtarzalne. Lovecraft wydaje się mieć tego świadomość, pozornie autoironizując w "Nienazwanym": "moje nieustanne dyskusje o nienazwanym, nota bene zgoła dziecinne, zdawały się potwierdzać mą niską pozycję, jako autora marnych opowieści grozy. Zbyt usilnie pragnąłem kończyć swe opowiadania obrazami lub dźwiękami paraliżującymi wszelkie poczynania bohaterów i pozostawić ich, pozbawionych resztek odwagi, słów czy świadków mogących opowiedzieć o tym, co im się przydarzyło." - jednak ledwie akapit dalej daje wyraz temu, że każdy kto tak sądzi, "przejawia [...] przepełnioną samozadowoleniem głuchotę wobec niektórych delikatnych niuansów życia". Do tego każdy bohater to śniący odludek z pasją studiujący stare księgi. Ja też mam OCe i doskonale wiem, że każdy robi self-inserty i że każdy lubi pewne utarte klisze, ale bez przesady. Jeśli ktoś nie umie różnicować postaci - nie jest dobrym pisarzem. Nie wiem, jak wy, ale ja wolę głuchotę na delikatne niuanse, niż ślepotę na własną powtarzalność, też zresztą przepełnioną samozadowoleniem.


There is also twisting the facts to support his own vision (like Yazidis worshipping satan. Yazidis worship a demiurge called Peacock Angel, who's more like gnostic Sophia than Lucifer, even in his chic Promethean version.). And praising to the heavens the virtues of a white Anglophone from a well-educated home, which is embarassingly laughable at first, and with time it becomes cringy - even more when paired with this disgusting type of orientalism, where everything with the tiniest hints of the supernatural comes from the East. Yet the well-educated white Anglophones, who turn knowledge from forbidden books into reality or reanimate the dead, are left unstigmatized in his stories...

Do tego dochodzi wykrzywianie faktów pod własną wizję (np. Jezydzi czczący szatana. Jezydzi czczą demiurga pod postacią Anioła-Pawia, któremu bliżej do gnostyckiej Sofii, niż Lucyfera, nawet w modnej odsłonie prometejskiej.). I wychwalanie pod niebiosa cnót białego Anglosasa z dobrze wykształconego środowiska, co jest z początku żenująco śmieszne, a im dalej w las, tym bardziej odrzuca - zwłaszcza gdy jest połączone z tym obrzydliwym typem orientalizmu, w którym wszystko, co ma jakiekolwiek znamiona niesamowitości, pochodzi ze Wschodu. Ale już dobrze wykształceni biali Anglosasi wprowadzający w życie wiedzę z zakazanych ksiąg albo wskrzeszający trupy nie są  w opowiadaniach piętnowani...


But yes, I do like Lovecraft. Because when one finally gets through these layers of repetitiveness and racism, there is the very core - this misanthropic message laced with ice-cold indifference of multi-dimensional Universe, which speaks to me a lot. 'We live on a placid island of ignorance in the midst of black seas of infinity, and it was not meant that we should voyage far'. The humankind in his stories is not the crown of creation, neither first nor the ultimate perfect being, and is, in fact, very far from perfection. And even if existence of alien civilisations on prehistoric Earth clash so painfully with modern geological knowledge, the idea we could have been completely screwed by a hand of an intelligence infinitely higher than us - and that one day we'll probably be - is weirdly comforting.
Besides, there is also 'a tall, slim figure with the young face of an antique Pharaoh, gay with prismatic robes [...] whose proud carriage and swart features had in them the fascination of a dark god or fallen archangel, and around whose eyes there lurked the languid sparkle of capricious humour'. Yes, I'm a fangirl of the 'swarthy, slender and sinister' trickster Nyarlathotep >D

Ale tak, lubię Lovecrafta. Bo kiedy przedrzeć się przez te pokłady powtarzalności i rasizmu, da się wyczuć to jądro - mizantropiczne przesłanie przetykane lodowatą obojętnością wielowymiarowego Wszechświata, które bardzo do mnie trafia. "Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko". Ludzkość w jego opowiadaniach nie jest koroną stworzenia, nie jest ani pierwszym, ani ostatnim najdoskonalszym bytem, i w ogóle daleko mu do doskonałości. I nawet jeśli istnienie obcych cywilizacji na prehistorycznej Ziemi tak boleśnie stoi w sprzeczności z współczesną wiedzą geologiczną, to idea, że mogliśmy jako gatunek zostać udupieni z ręki nieskończenie wyższej od nas inteligencji - i że zapewne pewnego dnia będziemy - jest dziwnie kojąca.
Ponadto, jest jeszcze "postać: wysoka, szczupła, z młodą twarzą antycznego faraona w jaskrawych, pryzmatycznych szatach [...] Ta królewska postać wywołała u Cartera fascynację, jak jakimś ciemnym bogiem lub upadłym archaniołem. W jej oczach czaiły się iskierki kapryśnego humoru." - i zapewniam, nie tylko u Cartera. Ja niżej podpisana też jestem fanką "śniadego, smukłego i złowieszczego" Nyarlathotepa-trickstera >D


What are your thoughts on works of the dreamer from Providence? In the next entry I'll share my thoughts about my favourites among his writings. And the ones I hate the most >D

Co wy sądzicie o twórczości samotnika z Providence? W kolejnej notce podzielę się myślami na temat moich ulubionych dzieł, jakie wyszły spod jego pióra. I znienawidzonych >D

[the photos are from July, ok? It's not that warm anymore. I'll catch up on more actual entries one day.]




Ragged skirt - handmade gothic mermaid skirt
Fishnet top - H&M gotycka spódnica syrena
Ragged capelet - handmade victorian mourning capelet
Belt with chains - thrift store wiktoriańska pelerynka
Ragged headdress - handmade styl gotycki
Feathers on headdress - from a hat from Taobao, with pearls added by me jak ubierać się po gotycku
Egyptian earrings - Allegro gotka polska
Indian bracelets - Lokaah stylizacja w stylu goth gothic
Locket watch pendant - Lokaah, slightly altered by me, but let's keep it a mystery for now, shall we >D
Mini book with mirrors pendant - Lokaah neovictorian goth
Big black, big silver and rectangular rings - H&M neo-victorian goth
Teardrop ring - Six shaman goth
Ring with clam bells - market stall in Venice tribal goth
Ring with violet stone - Lokaah
Rosary ring - gift from a friend
Fake septum piercing - Lokaah
Ripped sleeves - handmade from thrifted tights


The title of today's entry is also taken from Lovecraft. It's so perfectly cheesy I couldn't pass it up. Babylon, a nest of evil in Iudeo-Christian tradition, is referring in the story to R'lyeh that had just emerged from the ocean depths, and for me beautifully worked as a metaphor of Warsaw. The Royal Palace, to be exact, and its gardens (I'm not saying the gardens are evil). As for the 'dripping' part... well...

Tytuł dzisiejszego wpisu też jest z Lovecrafta. Jest tak doskonale przaśny, że aż się prosił o użycie. "Ociekający wodą Babilon starszych demonów" - Babilon, siedlisko zła w judeo-chrześcijańskiej tradycji, w opowiadaniu odnosił się do wynurzonego nad oceaniczne wody R'lyeh, a mi świetnie nadał mi się na metaforę Warszawy. Konkretnie Zamku Królewskiego i jego ogrodów (to nie sugestia, że ogrody są złem). A że ociekający wodą... cóż...

I got soaked twice. Be glad this entry has ANY photos.

Zmoczyło mnie całe dwa razy. Cieszcie się, że w tej notce są JAKIEKOLWIEK zdjęcia.







I have three thoughts about this outfit. First: I've been missing this raggedy-elegant aesthetic like hell. Second: wearing an outfit created mostly with handmade things is an awesome feeling. Third: it's been three years since I've sewn this skirt and it's the first time I'm wearing it officially; that's the price you pay for sewing impractical things >D Still love it, though.

Mam trzy przemyślenia na temat tego stroju. Pierwsze: brakowało mi tej podarto-eleganckiej estetyki jak jasna cholera. Drugie: mieć na sobie strój skomponowany w większości z rzeczy stworzonych przez siebie to bajeczne uczucie. Trzecie: minęły trzy lata, od kiedy uszyłam tę spódnicę, i to jej pierwsze oficjalne pokazanie; tak się płaci za szycie niepraktycznych rzeczy >D I tak ją kocham.