7 listopada 2016

Golden brown textured like sun

Like most people who love their black, I feel uncomfortable in excess of colour other than this lovely lack thereof. There is one exception, as I discovered recently - gold. Indecent amount of gold. (well, I told you once I'm a dragon. That's also because my face features are Reptilian like damn >D) So, today's outfit, abundant with gold tones more than black ones, seems so unorthodox for this blog I didn't even know how to classify it >D Or maybe it is, indeed, orthodox...~

Podobnie jak większość ludzi zbyt mocno zżytych z czernią, czuję się niekomfortowo w nadmiarze kolorów innych niż ten brak jakiegokolwiek. Wyjątkiem, jak się niedawno okazało, jest złoto. Nieprzyzwoite ilości złota. (wspomniałam kiedyś, że jestem smokiem. Również dlatego, że moje rysy gęby są iście reptiliańskie >D) Tak też dzisiejsza bogatsza w złoto bardziej niż w czerń stylizacja jest na tyle nieortodoksyjna jak na standardy tego bloga, że nawet nie wiem, jak ją należało sklasyfikować >D A może właśnie jest ortodoksyjna...~





Contents:
Tunic - Medicine
Shoes - some store in Rethymno
Headdress - handmade with taśma z bluzki, roses from H&M and some store in Rethymno and H&M brooch
Bracelets - Lokaah, Chinese market, tourist shop in Rethymno, tourist shop in Chania
Rings - Lokaah, tourist shop in Chania, British Museum
Necklaces - repainted pearls from Chinese market, gift from a former friend
Fake septum - Lokaah
Face chain - tourist shop in Chania
Earrings - Lokaah
Tights - altered by me


As those who sit here for a longer time already know - and what those new of you have to learn about me - I love to search where historical motifs on my clothes come from. And I have some favourite cultures of the days gone: one of them is Byzantium. I didn't do an analysis for this tunic separately, because it's not much to say about it: I've looked at the motif at its chest and I already knew it's a crown I've seen. Crown of empress Irene of Hungary, as shown on one of the mosaics in Hagia Sophia church in Istanbul. Everything you see on my tunic is taken from this single mosaic; a keen eye can even spot the empress' earrings and her ginger braids >D
I would like to write something more about this person, but... Irene of Hungary is declared saint in the Orthodox Church. And this peculiar term is reserved mainly for those of medieval women on courts, who led absolutely transparent lives filled with silent prayers and taking care of children. If it was a certain other empress Irene - accidentally, also venerated for her fight with iconoclasm, but never declared saint, as she ordered to blind her son, when he tried to end her usurpation of the throne - then I would have a lot to write about...~

Jak wiadomo tym, którzy siedzą tu od dłuższego czasu - a czego świeża krew musi się dowiedzieć - kocham wyszukiwać, skąd pochodzą motywy historyczne na ubraniach, które mam. I mam też trochę ulubionych wymarłych kultur: jedną z nich jest Bizancjum. Nie robiłam analizy tej tuniki osobno, bo to nie ma sensu w jej przypadku: przyjrzałam się motywowi na piersi i już wiedziałam, że to korona, którą znam. Korona cesarzowej Ireny Węgierskiej z mozaiki na jednej ze ścian kościoła Hagia Sophia w Stambule. Wszystko widoczne na tunice jest wzięte z tej jednej mozaiki; wśród tego misz-maszu da się nawet dopatrzeć kolczyków i rudych warkoczyków cesarzowej >D
Chciałabym napisać coś więcej o samej postaci, ale... Irena Węgierska jest w Kościele prawosławnym ogłoszona świętą. A to specyficzne miano jest zarezerwowane głównie dla tych spośród średniowiecznych kobiet na dworach, które prowadziły absolutnie bezbarwne życia wypełnione modlitwą i opieką nad dziećmi. Gdyby to była pewna inna cesarzowa Irena - skądinąd też czczona dzięki swojemu tępieniu ruchów ikonoklastycznych, ale nie kanonizowana oficjalnie, bo kazała oślepić syna, gdy ten chciał położyć kres uzurpacji przez nią tronu - wtedy miałabym o czym pisać...~



So - today we're going full Byzantine. I have two small churches dating back to that times to show you, which I wound among hills, valleys and thicket of Crete.
First of them is Panagia Kera near Chromonastiri village. Dating back to 11th century, it's especially tiny and crooked inside. The doors are open and nobody supervises it. It's inside is nearly completely covered with frescoes from 14th century - and unfortunately, just like you can expect from a church in the middle of nowhere, they are in very bad condition.

Dzisiaj jedziemy bizantyjsko po całości. Mam do pokazania dwa maleńkie kościółki z tej epoki odnalezione mym czujnym okiem (a także trudem i znojem) między wzgórzami, dolinami i chaszczami Krety.
Pierwszy to Panagia Kera nieopodal wioski Chromonastiri. Datowany na XI wiek, wyjątkowo maciupki i w dodatku mocno krzywy w środku. Drzwi do środka są otwarte i nie jest pilnowany - chyba w dobrej wierze, że ten, komu już chciało się tam iść, nie będzie go dewastował. Wewnątrz jest niemal całkowicie pokryty freskami z XIV wieku - i, jak łatwo się spodziewać po górskich kościółkach na zapomnianych przez bogów i ludzi zadupiach, mocno niestety zniszczonymi.




The second church is called St. Eutychios. I reached it also from Chromonastiri, but it's much more far away from this village than Panagia Kera. Road there was hard - and all this only to discover I can't go inside... There was a key, and it even fitted the keyhole, and I could even rotate it - to no avail, the door was still shut... The knock from the door, however, was loose and it fallen into my hand. The best I could do was to snatch one photo of the inside through a window covered with netting. The good thing about this trip were also the picturesque ruins of a former house nearby.

Drugi kościół jest pod wezwaniem świętego Eutychiusza. Również dostałam się do niego z Chromonastiri, ale jest znacznie dalej od tej wioseczki niż Panagia Kera. Dostęp do niego był bardzo męczący - a wszystko po to, żeby się dowiedzieć, że nie da się tam wejść... Choć kluczyk był i nawet dało się nim kręcić w zamku, to drzwi nie ustępowały... Ustąpiła za to kołatka, która została mi w ręce. Pozostało mi tylko skraść jedno zdjęcie wnętrza przez zasłonięte siatką okienko. Za to odrobinę wynagrodziły tę wyprawę malownicze pustostany kilkanaście metrów dalej.




I don't like writing about outfits. I mean, you know what you see and there is no need from me go into details, when there is no deeper thought put into what I am wearing. With exception of those with undertones of art history, like this one.
Base for everything was of course the tunic. I think in the hands of someone more reasonable than me it would turn into a single gem shining with exotic light, when surrounded by subtle accessories - but it's not the case with me. I even tried to think of something subtler, but no; it forced me to unearth all my byzantophilia and I succumbed gleefully. But let's be serious, though - most of you watch my fashion adventures for so long you probably don't even expect anything reasonable from me already. I suffer being me for 26 years without a few days and I don't expect it either >D
Earrings are Indian, in this tribal style that is fashionable lately, with traditional crescent shape and equally traditional granulation. I bought them, because it's one of the main styles of earrings found in Byzantium (and here you have another example - but there are really a lot of them).
Pearls are absolutely necessary, they were so omnipresent in Byzantine jewellery they can't be omitted. But white ones didn't go well, so golden there are, duh! The cross... hah! Cross was given to me by my friend in high school, who got it at some Catholic event in town of Lednica. It's quite important: in Lednica there was found an oldest Christian cross in Poland and mine is a replica of it. Moreover, it was a staurotheke (a special kind of reliquary to keep splinters from the allegeded True Cross) - made nowhere else, but in Byzantium.
My bracelets are a lie, but there is have some enamel set in metal, some black pearls, something looking like a rosary, so they will do. Rings are another lie: but one is geometric, two are chunky, another is Egyptian, what is historically fine until 7th century, and another one looks like arabesques, what is historically fine after 7th century. Face chain is the fattest lie, meant only to add even more Oriental opulence, but it has crosses at least! >D
The band on my headpiece has geometric motifs that are very characteristic for the art of the Empire, but as a whole it was inspired by costumes of tribal fusion dancers. And that makes it another lie.
Why so many lies? Because I'm not into reconstruction at all. I prefer construction - construction of my own quasi-historical fantasy aesthetic based on my favourite cultures and on stereotypes about them.

Nie lubię rozbierać stylizacji na elementy składowe i opisywać każdego osobno. Bo raz, że jaki jest koń każdy widzi, a dwa, że to, co wrzucam na siebie zazwyczaj nie ma żadnego zamysłu. Wyjątkiem są te historyczno-sztuczne w jakiś sposób, jako i ten.
Punktem wyjścia była rzecz jasna tunika, która w rękach kogoś rozsądniejszego pewnie dałaby się przekuć w pojedynczy diament błyszczący pełnym egzotycznym blaskiem w otoczeniu skromnych dodatków - ale nie u mnie. Nawet próbowałam wyobrazić sobie coś skromniejszego z jej użyciem, ale nie dało rady; wymusiła na mnie wywalenie na wierzch całego mojego bizantofilskiego blichtru, a ja poddałam się temu z radością. Ale powiedzmy sobie szczerze - większość z was towarzyszy moim modowym eskapadom na tyle długo, że już chyba nawet nie spodziewa się po mnie niczego rozsądnego. Ja znoszę siebie przez 26 lat bez kilku dni i tym bardziej się nie spodziewam >D
Kolczyki są indyjskie, w tym modnym ostatnimi czasy ludowym stylu, o tradycyjnym półksiężycowym kształcie i równie tradycyjną granulacją. Wybrałam je, ponieważ był to jeden z dominujących kształtów kolczyków także w Bizancjum (a tu drugi przykład - ale jest ich naprawdę dużo).
Perły to absolutny mus, były tak powszechne w ozdobach bizantyjskich, że nie da się ich pomijać. Ino białe nie pasowały, więc rzuciłam złotymi, a co. Krzyżyk... ha! Krzyżyk dostałam od znajomej z licbazy, która z kolei dostała go na jakimś katolickim spędzie w Lednicy. Jest to dość istotne: w Lednicy znaleziono najstarszy na ziemiach polskich chrześcijański krzyż i mój jest jego repliką. Skądinąd był on stauroteką (relikwiarz do trzymania drzazg z rzekomego krzyża Chrystusa) - i to właśnie pochodzenia bizantyjskiego.
Bransoletki to kłamstwo, chociaż w sumie jest jakaś tam osadzona w metalu emalia, jakieś czarne perły, jakieś coś, co może uchodzić za różaniec, więc pasują. Pierścionki to kolejne kłamstwo, ale jeden pierścionek jest geometryczny jak trzeba, dwa są toporne, inny jest egipski, co pasuje historycznie do VII wieku, a jeszcze kolejny może kojarzyć się z arabeskami, co z kolei pasuje do historii po VII wieku. Łańcuszek na policzku to największe kłamstwo, mające służyć tylko dodaniu orientalnego przepychu, ale przynajmniej ma krzyżyki! >D
Opaska na nakryciu głowy ma te charakterystyczne dla zdobnictwa Cesarstwa proste geometryczne kształty, ale jego całość jest jednak kłamstwem również, bo inspirowałam się nakryciami głów tancerek tribal fusion.
Dlaczego tyle kłamstwa? Bo za grosz nie pociąga mnie rekonstrukcja. Wolę konstrukcję - utworzenie sobie quasi-historycznej fantasy estetyki od zera na bazie lubianych kultur i stereotypów na ich temat.

8 komentarzy:

  1. WOW,it's really interesting how you've made the gold Jewellery look very interesting. I also quite like how your outfits reflect the scenery

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I've probably said it before, but I LOVE to match outfits with scenery and I'm delighted somebody notices it :3

      Usuń
  2. Konstrukcja jest o wiele ciekawsza niż żmudne odtwarzanie. Swoją drogą, wyglądałabyś znakomicie, okryta czymś powłóczystym i pełnym złotych zawijasków jak tło płócien Muchy. On też musiał lubić Bizancjum, a te wielkookie córki fortun przemysłowych, które malował bywały nawet podobne do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  3. P.S. Na Wotana! Nie Muchy, tylko Klimta. KLIMTA.:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedz mi, w którym miejscu określenie "coś powłóczystego i pełne zawijasków" jest kłamstwem odnośnie Muchy :D Obu panów lubię, lubię też zazwyczaj to, jak ich przetwarzają współcześnie (jest taka fantastyczna Klimtowska sesja fotograficzna w wykonaniu Inge Prader - KLIK. Nieziemskie!). I absolutnie nie pogardziłabym powłóczystą kiecą z oczami z obrazu Złotej Adeli.
      Za najbardziej podobną do mnie panią z płótna uważam tę na obrazie Frederica Leightona "Roman Lady". Pani stała się potem modelką dla malarzy i już nigdzie indziej nie jest podobna.

      Usuń
    2. Mucha owszem, powłóczystość mocno, ale on się bardziej w kwiatach specjalizował. Tudzież w ekstremalnie niepraktycznej biżuterii, która jest Dobrą Rzeczą. :)

      Usuń
  4. Pod tym postem szczególnie pasuje ta uwaga - u Ciebie ubieranie się jest formą sztuki (użytkowej ;)) *_* I zgadzam się z Niną, że jest tak klimtowsko :D chociaż to raczej zasługa złota i mozaiki ;) Swoją drogą to podziwiam - ja bym tyle golda nie potrafiła udźwignąć (ani połowy, ani jednej czwartej - ale złoto to nie moja bajka)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to... dobrze. Bo i sama traktuję to jak sztukę. Różne rzeczy mogą leżeć w mojej szafie latami, nienoszone, dopóki nie znajdę czegoś, co będzie idealnie do nich pasowało. Gdy tworzę notkę, to musi pasować nawet tło - chociaż to tylko strój, w którym przechodziłam ostatni tydzień, albo będę w nim chodzić jeszcze kolejne dwa. Nie umiem rysować i cienka jestem w pisaniu, ale wyżywam się twórczo właśnie zestawiając ubrania.

      Usuń