28 maja 2016

Please respect my decadence

It's ironic, isn't it? When most people around you assume you dress for attention and shock value, many goths (and probably other alternative folks, too) will tell you that actually no, attention is something they'd rather avoid. The thought of constantly dealing with obnoxious comments or stares disheartens many newer goths; plenty of them abandon their thoughts about dressing in these luscious velvets, lace, pointy witchy boots, top hats and eventually grow out of this 'phase'. Some of them, however, do not. They will follow some blogs, read some posts, look at some photos - all with this crippling feeling they won't ever find the courage to do the same.

Jest w tym ironia, czyż nie? Gdy przypadkowi ludzie uważają, że ubierasz się tak, by szokować i przyciągać uwagę, sporo gotów (i innych alternatywnych ludków zapewne też) powie ci, że właśnie przeciwnie, zwracanie na siebie uwagi to coś, czego woleliby uniknąć. Myśl o ciągłym wystawieniu się na często nieprzyjemne komentarze i spojrzenia zniechęca wielu nowych gotów; niektórzy z nich porzucą myśli o ubieraniu się w te wszystkie milusie aksamity, koronkę, spiczaste buty, cylindry i w końcu z tego wyrosną. Część jednak nie. Będą obserwować różne blogi, czytać różne posty, oglądać różne zdjęcia - i to wszystko z przytłaczającym poczuciem, że sami nigdy nie znajdą w sobie odwagi, by zrobić to samo.



I know how it is, okay? While I'm really thankful I currently live in a very tolerant place, I'm constantly on guard whenever I flash my alternative clothing style in my home city (welcome in less than a month). Many alternative people say they don't, but I myself do hear every comment, every laugh, feel every stare; it's like I was putting a radar every time I leave home to catch all these things from the ether. I've been bullied in school for a few years - not for the way I've been dressing back then, but for my knowledge and intelligence, so imagine how my blood pressure rises whenever I have to say something out loud even at my current age. Thanks to this godawful experience I'm now super shy, afraid of people and interacting with them (want to know a fun way to kill me? Put a stranger in my kitchen. I will starve myself to death, but I won't set a foot there. If you remember I've kicked a flatmate out of my flat and ever wondered why - that's why. He and his girlfriend were occupying kitchen for 24/7. I wish I was exaggerating these numbers.). I'm a total loser when it comes to living in society, but at least I listen to good music. And I dress well.

Wiem jak to jest, tak? O ile niewymownie cieszy mnie obecne mieszkanie w bardzo tolerancyjnym miejscu, to w mojej rodzinnej Łodzi mam się non-stop na baczności, ilekroć wychodzę w czymś alternatywnym na miasto (witamy za niecały miesiąc). Większość ubierających się niecodziennie ludzi twierdzi, że komentarze do nich nie trafiają, ale ja słyszę każdy komentarz, każdy śmiech, czuję każde spojrzenie; zupełnie jakbym poza domem zakładała na siebie super-czujny radar nastawiony na wyłapywanie tego z powietrza. Gnębili mnie w szkole przez kilka lat - nie za to, jak się wówczas ubierałam, ale za wiedzę i inteligencję, więc wyobraźcie sobie, jak bardzo podnosi mi się ciśnienie, gdy muszę coś powiedzieć publicznie nawet w obecnym wieku. Dzięki tym przeklętym doświadczeniom jestem teraz niemożliwie nieśmiała, boję się ludzi i interakcji z nimi (chcecie poznać zabawną metodę na zabicie mnie? Wsadźcie obcego człowieka do mojej kuchni. Zagłodzę się na śmierć, ale nie postawię tam nogi. Jeśli ktoś pamięta, że wyrzuciłam współlokatora z mieszkania i zastanawiał się, za co - właśnie za to. On i jego laska okupowali kuchnię 24/7. Chciałabym przesadzać z tymi cyframi.). Jestem skończoną ciotą, jeśli chodzi o życie wśród ludzi, ale przynajmniej słucham dobrej muzyki. I dobrze się ubieram.



Because, my dears, my clothing style is an armour. I wear extravagant black clothes, because they make me feel beautiful. Confident. Comfortable. And natural. Exactly the opposite of what I really am, but who said creating a glamourous AU of my life with me as a Mary Sue is a bad thing? If it makes me feel like 'myself'... then it can never be a bad thing.

Bo tak się złożyło moi drodzy, że mój styl ubierania to dla mnie zbroja. Noszę ekstrawaganckie czarne rzeczy, bo sprawiają, że czuję się ładnie. Komfortowo. Pewna siebie. I naturalnie. To dokładnie przeciwnie do tego, czym naprawdę jestem, ale kto powiedział, że stworzenie sobie atrakcyjnego AU ze swojego życia z sobą jako Mary Sue to zła rzecz? Skoro dzięki temu czuję się "sobą"... to nigdy nie może być złą rzeczą.


Contents:
Cap - Sterkowski
Net shrug - dress from thrift store, altered by me
Blouse - thrift store
Skirt - thrift store (New Look)
Gloves - Allegro, altered by me
Necklaces - present from a friend and random market stalls here and there (including bunker museum)
Bracelets - Lokaah, H&M
Earrings - Allegro
Shoes - H&M
Leggings - market stall, altered by me



It's the last time with Skeletor's interiors, I promise >D (because there's still exterior left 8D)

To ostatnie widoki z wnętrza Szkieletora, przysięgam >D (bo zostało jeszcze zewnętrze 8D)




And the last refreshed outfit. It's one year older than this blog - I remember well how this outfit, so different from my very casually elegant everyday clothes, carefully pieced together long before I wore it, have made me feel 'myself' at last. After these 6 years it's still among my most favourite ones and although I see room for some changes, I didn't change anything, because it's perfect as it is. Except shoes, since I don't have the old ones already, except bracelets, as I didn't own any back then and cap, which is mine this time, not borrowed - everything is exactly as it was, even my manicure. And my hair just complete the feeling it is finally Me.

I ostatnia powtórzona stylizacja. Jest o rok starsza niż ten blog - pamiętam doskonale, jak ten strój, tak odmienny od mojego niby-eleganckiego codziennego, z pietyzmem obmyślony dłuższy czas wcześniej, sprawił, że czułam się w końcu "sobą". Po tych 6 latach wciąż grzeje sobie miejsce w czołówce moich ulubionych i choć widzę w nim kilka możliwości do wprowadzenia zmian, nie zmieniłam nic, bo jest perfekcyjny. Poza butami, bo tamtych już nie mam, bransoletkami, bo ich brak bardzo doskwierał mi wtedy i czapką, która w końcu jest moja, nie pożyczona - wszystko jest takie samo, z lakierem na palcach włącznie. No i długość moich włosów nareszcie sprawia, że to jestem Ja.

26 komentarzy:

  1. Odwołując się do Twojego wpisu-
    Jako dzieciak byłam cholernie pewna siebie: występy w szkolnym teatrze nie sprawiały mi żadnego problemu. Z niesamowitą łatwością nakładałam każdą przydzieloną mi maskę, bawiłam się rolą i swoim wyglądem. Nauczyciele z tamtego okresu do dziś wspominają mnie z czułością, niektórzy twierdzą że miałam "talent" i mogłam zajść z tym o wiele dalej. Jednak pod koniec podstawówki rówieśnikom zaczęła przeszkadzać moja odmienność (łatwość w nauce, spora wiedza spoza podręczników, umiejętność publicznych wystąpień nabyta poprzez jeżdżenie na przeglądy szkolnych teatrzyków od szóstego roku życia) i zaczęła się niekończąca szykana, napędzona tym że na stronie internetowej szkoły została poświęcona mi mała notka. Po pierwszej klasie gimnazjum nie wytrzymałam i korzystając z możliwości jakie oferowała mi przeprowadzka, zmieniłam szkołę. Oczywiście nic to nie dało, bo dzieciaki w tym wieku mają silny instynkt stadny i wyczuły we mnie ofiarę. Przez kolejny rok nie miałam życia, a gdy pazurami i kłami wywalczyłam sobie jakąś pozycję... skończył się trzeci rok gimnazjum i musiałam pójść do liceum. I tu... mimo że mnie nikt nie znał, pierwszy rok był katorgą. Wolny czas na przerwach spędzałam w towarzystwie mojej ówczesnej dziewczyny lub nauczycieli. Wtedy już wiedziałam, że ciemne kolory, które noszę są kamuflażem i zbroją. Na szczęście tu okazało się, że mimo wszystko moja wiedza jest doceniana przez rówieśników, a mój sposób ubierania się odbierają jako "odwagę". Wspierali mnie nawet podczas konkursu recytatorskiego w szkole (na który musiałam się upić- tak bałam się znowu wyjść na scenę!). Niestety, liceum również się skończyło i poszłam na studia. Te trzy lata, które minęły były potworne. Znowu czułam się jak zwierzę w pułapce.
    Teraz jest lepiej, chociaż zmieniając mieszkania czy chociażby pracę przez miesiąc mam mdłości i trzęsą mi się ręce. Niby nie obchodzi mnie, co inni o mnie myślą, ale fakt że muszę przebywać z obcymi ludźmi w jednym miejscu przyprawia mnie o mdłości. Jedynym sposobem radzenia sobie z tym jest zakładanie maski- zupełnie jak wtedy, gdy miałam sześć lat i miałam wystąpić na scenie w postaci wróbelka (pamiętam to jakby było dziś!).
    Teraz mieszkam z fajnymi ludźmi. Nikt nie okupuje przestrzeni wspólnej, mijamy się, czasami chwilę pogadamy, ale nie ma złośliwości. Podobnie na studiach (bo większość z tych osób jest dużo starsza ode mnie)... i chociaż wiele się zmieniło od czasu ostatnich klas podstawówki to czerń jest wciąż moim najlepszym przyjacielem, mimo że gorsety i falbanki poszły w odstawkę, bo w moim przypadku była to zbroja i, no cóż, teraz umiem to przyznać, przebranie które miało odwrócić uwagę innych od tego, jak bardzo boję się ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zastanawia jedno - jakim cudem większość osób wychodzi bez szwanku psychicznego z podstawówki i zwłaszcza gimnazjum? Czy do tego trzeba być bezrefleksyjnym i podążać za stadem? Chyba tak...

      Też występowałam na każdym szkolnym przedstawieniu. Miałam dobrą dykcję i donośny głos (przypomnij sobie, jak mówię teraz...), a do tego nie bałam się stać przed ludźmi i mówić do nich - ba, lubiłam to. Pamiętam, jak pewnego dnia odmówiłam nauczycielce występu na apelu, bo śmianie się ze mnie sprawiło, że już się bałam... potem nawet już nikt mi nie proponował, bo chyba zaczęło być widoczne, że się zamykam w sobie. Była nawet jedna nauczycielka, która robiła sobie jaja z mojej nieśmiałości i lęku przed ludźmi - szczęście w nieszczęściu, że tylko na wyjeździe, a lekcji z nią nie miałam. Też byłam pewna siebie, rządziłam rówieśnikami - i ubierając się teraz tak, jak się ubieram, czuję się jak namiastka tego, jaka byłam kiedyś i wierzę, że uda mi się przez to kiedyś wrócić do tamtego stanu. Choć odwracanie uwagi strojem od siebie też rozumiem, ale w moim przypadku to ze znacznie innego powodu...

      Usuń
  2. Łódzko mi się kojarzy ten strój. To jest, raczej z wyobrażeniem o Łodzi, niż faktycznym miastem z ludźmi.

    Z podstawówki i gimnazjum niektórzy wychodzą ze szwankiem, jak najbardziej. Tyle, że chyba się to z czasem wypiera.

    Słuchawki na komentarze? [także nie do końca bezpieczne - agresywne/napite jednostki mogą zerwać/zrzucić. Dodatkowo - słuch się psuje]

    Ślep

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ilekroć myślę o Łodzi, to tam też nie ma ludzi. Ludzie nie pasują do atmosfery tego miasta >D Skądinąd nie ma ich tam wcale tak wielu; pamiętam swój szok kulturowy po przyjeździe do Wrocławia, kiedy to zobaczyłam w centrum tłumy. U mnie tego nie ma i w takim okresie jak ten, kiedy pogoda wyciąga na zewnątrz zorganizowane wycieczki turystów, jarmarki i żebraków na wrocławski Rynek, bardzo tęsknię za wyludnioną Łodzią. Ale to miłe, że ci się tak kojarzy. Bardzo, bardzo miłe.

      Co lepsze, nawet nie wspominam tego okresu aż tak źle. Paradoksalnie, najgorzej ze mną zaczęło być, jak już przestali mnie gnębić; chyba te wszystkie lata zaszczucia odbiły się w ramach spóźnionego szoku.

      Tak, słuchawki zawsze, ale z dwojga złego wolę mieć zepsuty słuch niż wystawiać na szwank słabo polepioną psychikę.

      Usuń
  3. Brak tolerancji w stosunku do osób nieprzeciętnych jest niestety niemal na porządku dziennym. Osoby wyróżniające się często spotykają się z niechęcią, a nawet wrogością otoczenia. Niepokojąco wiele osób toleruje jedynie to co znane oraz popularne, modne. Normą staje się brak szacunku dla tego, co odmienne. Zjawiskiem o dużej skali jest w naszym społeczeństwie równanie w dół. Jeżeli ktoś jest lepszy w określonej dziedzinie, mądrzejszy, wyróżniający się czymś, to przecież najlepiej zmieszać go z błotem, obrzucić wyzwiskami, wyśmiać… Zbyt dużo wysiłku psychicznego potrzeba, aby chociażby spróbować poznać to, co inne.

    Słuchawki rządzą, cierpię na wieczny głód muzyki;)

    Autorko, masz bardzo interesujący sposób łącznia ze sobą różnorodnej biżuterii. Miszmasz, ale spójny. Ciekawe jaki byłby efekt gdybyś zestawiała to, co ja mam:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczyło wyjść na kilka minut miedzy udostępnieniem komentarzy a odpowiedzeniem na nie, a już ludzie sobie robią z nimi porządki, jakie cwaniaki :D Mam nadzieję, że ta przerwa nie była odebrana za zignorowanie albo coś, bo staram się odpowiadać zawsze.

      Cóż mi pozostaje, jeśli nie tylko przytaknąć z goryczą? I żeby chociaż jeszcze było prawdą stwierdzenie, że równa się w dół, bo ignorantami rządzi się najłatwiej - chyba nikt nie jest bardziej przekonany o swojej racji niż właśnie ludzie głupi, a i ze stosowaniem się do zasad u nich ciężko.

      A to musiałabym wiedzieć, co masz >D Generalnie mam podejście takie, że poszczególne elementy biżuterii mają do siebie nie pasować, za to pasować do stroju, o ile ma jakiś zamysł (a ten miał).

      Usuń
    2. Absolutnie nie. Coś mi zaszwankowało...

      Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

      Z takiej koncepcji jak dotąd nie wychodziłam, zawsze wszystko pasowałam... Bardzo lubię srebro, szczególnie stare więc to u mnie przeważa, poza tym biżuteria etniczna i mroki...

      Usuń
    3. Hngh, biżuteria etniczna jest najlepsza. Mam na oku parę interesujących okazów, i jak pojawi mi się trochę nadprogramowego pieniądza do rozpirzenia, to przylecą do mnie. Choć to zależy też od tego, jakie klimaty tej etniczności; z afrykańskimi miałabym problem, ale reszta - hulaj dusza, pasują do wszystkiego.

      Usuń
  4. Przypadkiem natrafiłam na bloga i przeczytałam wszystkie posty po kolei, które się na nim znajdują. Podziwiam Cię, oraz Twój staranny i dopracowany styl. Tak jak napisałaś powyżej, ze względu na obawę przed docinkami, chyba mogę sobie tylko popatrzeć na ciekawy ubiór. Nie pomaga również wrodzona nieśmiałość i okropne doświadczenia ze wczesnych lat edukacji. Do dzisiaj zastanawiam się, jak kilkuletnie istoty potrafią być pełne nieumotywowanej nienawiści względem drugiej osoby? Dlatego nie podzielam zachwytu nad dziećmi, w przeciwieństwie do reszty społeczeństwa.
    Co do śmierci głodowej ze względu na okupację kuchni - dobrze wiem o czym piszesz. Wychodzenie z domu i towarzystwo obcych ludzi mnie paraliżuje.
    Jestem młodsza od Ciebie więc może kiedyś się z tego wyleczę, póki co się chyba na to nie zapowiada. Chociaż jeszcze wszystko przede mną, mam nadzieję że nie kolejne szykany... Rozpisałam się i trochę wyżaliłam, mam nadzieję że wybaczysz.
    Na koniec pragnę powiedzieć, że wspaniale wyglądasz i życzę Ci siły, takie osoby jak Ty dodają otuchy i inspirują, aby jednak się nie poddać i robić to co się kocha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od liceum wzwyż ludzie robią się coraz bardziej ogarnięci - o ile to nie jest liceum sportowe czy jakieś inne rejonowe pośród blokowisk, choć za dobrze piszesz, żeby można cię było posądzać o pobyt w takim... Jeśli chodzi o studia, to najsłabiej wypada dziennikarstwo, które przyciąga samych lanserów i pedagogika pełna dziewczątek, które nie mają pomysłu na siebie. Reszta humanistycznych kierunków spoko, a im bardziej nerdowski, tym jest lepiej.

      Nie mam nic przeciwko żaleniu się, komentarze od tego są, by móc wypowiadać swoje myśli, jeśli moje słowa trąciły jakieś struny skojarzeń. To miałko brzmi, ale warto wierzyć w siebie choćby troszeczkę i wierzyć w to, że jest się kimś wartościowym. Społeczeństwo tratuje osoby, które nie umieją rozpychać się łokciami i nie są przebojowe - ale gdy bezlitośnie zepchnie cię na bok, to właśnie tam znajdziesz osoby podobne tobie, które nie będą miały nic przeciwko twoim większym i mniejszym dziwactwom czy mało popularnym zainteresowaniom. Każdy ma swoją niszę - wystarczy tylko kochać to, co się robi, a ludzie którzy docenią i to, i ciebie, zawsze się znajdą.

      Czyli zamysł przyświecający temu blogowi się sprawdza, jej >D Miej siłę i ty - można się bać ludzi, ale nie należy bać się siebie. Jeśli będziesz szczera ze sobą i swoimi potrzebami, będzie ci łatwiej znieść wszystko.

      Usuń
  5. Your style is beautiful and very much you! I also feel that the way I dress is an important way of expressing myself! Not for attention at all! Why do strangers always think so much of themselves?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Not to mention the thing I've read about many times on other blogs and know from my personal experience - when we dress normal, it means we are depressed, although everyone around will sing praises how beautiful we look at last. Are people really that blind they don't see there's something wrong with that person? Don't see unhappiness on their face and the only thing that matters are bright clothes? It's just saddening.

      Usuń
  6. Beautiful outfit, I love your nails! I will never understand why people cannot simply live and let live. I don't like looking at everyone walking around in flip-flops and sweat pants but I would NEVER make comments on a stranger's appearance!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. It gets even more awkward when somebody tells you they are 'offended' by something you wear. I'd like to see me telling people I'm offended by their neon orange sneakers or their plain t-shirts without sassy writings? Because what made them think simplicity of appearance and mind ISN'T offensive?

      Usuń
  7. Jest super :) To prawda, że z obecnymi włosami jest dużo lepiej - lepiej pasują do Ciebie i Twojego zadziornego stylu niż długie brązowe (czarnego boba też lubiłam :)).

    Co do notki, to jest smutny ogólnie temat. Ciekawe, że niektóre osoby pod presją otoczenia potrafią przetrwać, a inne się łamią - z reguły z czasem jest gorzej i mocno im to miesza w życiu :(
    Ja na szczęście z negatywnych doświadczeń wyszłam bez uszczerbków na zdrowiu psychicznym, najwyżej w trakcie było tak sobie, ale to już przeszłość :)

    Dla mnie ubranie nie jest zbroją, bardziej pasuje mi pogląd, że ubierając się jako X, JESTEŚMY bardziej X. Chociaż uważam, że w tym ubraniu musimy się czuć komfortowo i musi odzwierciedlać chociaż cząstkę naszej osobowości (żeby wizerunek miał z czym współgrać, żeby to nie było przebranie). W końcu ten słynny efekt, że jeśli kobieta ubierze dopasowaną marynarkę i szpilki, będzie się czuła kobietą sukcesu, nie u każdego się sprawdza, a u kogo się sprawdza, to i tak w różnym stopniu ;)

    Dla mnie ważne w ubieraniu się jest manifestowanie siebie. I tak, jak piszesz, nie mam na myśli zwracanie na siebie uwagi, chociaż czasem jest to fajne ;) Chodzi mi o to, żeby mój wizerunek był spójny z moją osobowością i zainteresowaniami, o to, jak chcę, żeby mnie widzieli inni ludzie. Nad tym właśnie muszę trochę popracować ;)

    I tak, ubieranie się w "swoim" stylu sprawia, że bardziej czujemy się "sobą" - moim zdaniem każdy posiada więcej niż jedną wersję siebie - pytanie, którą akurat w danej chwili wyciągamy na wierzch ;)

    Catty

    PS. Ja nie potrafię nosić długich spódnic - i bez nich się o wszystko potykam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie zgodzę się XD A przynajmniej w moim przypadku to nie wynika z tego. Czy ubierając się bardziej po gotycku jestem bardziej gotem? Nah. Bo to znaczyłoby, że gdy kładę niebieskie robocze ogrodniczki do pracy, to jestem nim mniej. A to zgoła nie zmienia nic w tym, kim jestem ani jaki mam charakter czy sposób myślenia. Nawet nie daje mi dyskomfortu, że to nie jestem "ja".

      Manifestowanie siebie też nie jest dla mnie. Długi czas uważałam, że właśnie tak jest, że ubieram się tak, żeby wyrazić siebie. Podczas gdy po zastanowieniu się doszłam do zupełnie przeciwnych wniosków - że ja nie wyrażam siebie, tylko siebie chowam; a i z zainteresowaniami ciężko, bo za dużo skaczę między stylami >D Zwłaszcza zabawnie się to obserwuje na współlokatorze, który lubi bawić się w rozgryzanie ludzi i niedawno rzucił do mnie "zgaduję, że masz kontrowersyjne zainteresowania", na co ja odparłam mu "...nie?", bo cokolwiek miał na myśli pod "kontrowersyjnymi", to jestem zdecydowanie takim typem żuczka, co to woli cieszyć michę oglądając ludzi grających w gry niż, nie wiem, umawiać się z przypadkowymi ludźmi na picie ich krwi.

      Co do posiadania więcej niż jednej wersji siebie... tu mogę się niby zgodzić, jestem człowiekiem nieśmiałym i lękliwym, więc z zasady powinny najbardziej mi pasować szaromyszkowate ubrania jakich tysiące na ulicy. Ale ja właśnie w nich czuję się potwornie widoczna - i, o ironio, właśnie nie pasują do charakteru. A w tych gotyckich, mimo, że technicznie widać mnie bardziej, to ukrywam siebie... ukrywam swoją pizdowatość. Bo i ona nie jest dla mnie naturalna, a nabyta - gotyk pozwala mi wrócić do czucia się tak, jak czułam się jako dzieciak.

      Usuń
    2. Dobry argument z tymi ogrodniczkami. Chociaż jeśli ogrodniczki byłyby zupełnie nie z mojej bajki, to zakładając je, czułabym się źle, jakby część mnie gdzieś się w nich chowała.

      "Umawianie się z przypadkowymi ludźmi na picie ich krwi" - wizualizuję to sobie :D

      Usuń
  8. Nie czytałam innych komentarzy, może się powtórzę. Jakoś nigdy nie miałam wrażenia, że krępujesz się na naszych spotkaniach. To pewnie przez tę zbroję ;) Ja zawsze byłam "hop do przodu". Aż jakoś w drugiej gimnazjum okazało się, że nikt prawie mnie nie lubi, bo zgłaszam się w klasie do pomocy, lubię się uczyć historii sztuki i jest mnie wszędzie pełno. Słabo, gdy myślało się, że jest zupełnie inaczej. Potem trochę miałam czarnego buntu, następnie fioletowy, wszystko FIOLETOWE! i nagle zorientowałam się, że mam ich gdzieś. Nawet wystrojenie się na meet było ekstra, ale nie tylko dlatego, że mogłam ładnie wygląda, ale dlatego, że miałam możliwość odcięcia się komuś za jego komentarze i zgaszenia. Nieraz sama prowokowałam. Teraz nie ma meetów, do pracy w kuchni raczej kiecki nie założę, ale (jak tylko mam siłę po pracy) przebieram się w halki, koronki, wysokie buty, gorsety... Nawet chciałabym tak wyglądać na codzień, ale ja jeszcze nie znalazłam swojego stylu. Mieszanka wszystkiego co mi się podoba, taka moja ita :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wśród ludzi, których znam (nawet i przez rozmawianie wcześniej w necie), jest inaczej. Ale gdy muszę z marszu porozmawiać z kimś obcym - nie ma mowy. Przy bliższym poznaniu robię się bardziej herp derp, ale mało kto dostaje taką szansę.
      Świat byłby taki fajny, gdyby nie ludzie. Ech, przestałam zabiegać o posiadanie znajomych, bo to wymaga ode mnie udawania - wolę tworzyć sobie wrogów w ilościach masowych, ale być sobą.
      Kiedy właśnie mieszanie wszystkiego, co się podoba, to najlepsza metoda na ubieranie się >D A już jak ma się zmysł estetyczny, jak ty, to już w ogóle. Dlatego walić "itę", bo z jakiego powodu samobiczowanie tego, co się podoba, miałoby być fajne i miałoby coś wnosić do życia?

      Usuń
    2. Jakoś ostatnio uświadomiłam sobie, że nawet w pracy (znów) zaczynam zabiegać o ludzi. Chyba nie potrafię żyć bez kontaktu z kimkolwiek. Niestety przez to zaczęłam jak te wrony krakać jak i one. Na szczęście wycofałam się ze stawania się "laską-plotuchem". Straszne co się dzieje z człowiekiem kiedy zmienia środowisko! Głupia, młoda!
      Ja i zmysł estetyki? We wszystkim innym niż ubieranie się niestety ;) Tzn. potrafię, ale żeby codziennie ubrać się 10/10 to takiej głowy nie mam.

      Usuń
  9. Wyglądasz najpiękniej. Mam ochotę patrzeć i patrzeć! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie bronię, wprost przeciwnie XD

      Usuń
  10. I so feel you here... It saddens me very much how people prefer you to be "normal", even if that makes you perfectly unhappy. I suppose it has something to do with the gregarious human nature.
    Also, most people tend, as you said, to think it is all about the attention. They are unable to understand you simply have different tastes than most. I specially resent the fact that men think alternative ladies are "looking for it", just any excuse is good to objetify women in our deeply awful heteropatriarchal society. That´s the part that dishearts me the most, to be honest. As a woman, I cannot ignore such a lack of respect and humanity, and I have a very bad time every single time I get unpolite comments from stranger males. I wish we could speak aloud enough in such ocasions to educate people on tolerance.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Luckily, there are usually people who support you in whatever you're doing. But the amount of jerks you'll encounter before you find your kind of people is disheartening.

      I've been called a 'whore' two times in the daylight - funnily enough, both situations happened on the same street, both of these remarks were made by a stranger riding by and I wouldn't be surprised if it was the same man. I never knew prostitutes wear completely opaque tights and skirts just above their knees, you really can learn something every day...

      Usuń