30 października 2014

Milady Malady

Misery loves company. If it's not a cold, then it's a kidney pain and broken laptop - the latter two are in fact the direct causes of today's post coming late. I'm telling you - if you'll ever want to wish your greatest enemy something really nasty, wish them kidney pain.

Jak nie urok, to sraczka albo przemarsz wojsk - taki tytuł miała nosić dzisiejsza notka. Ale nie dość, że nie udało mi się tego przełożyć zgrabnie na angielski, to jednak bardziej zgodnie z prawdą byłoby "Jak nie katar, to ból nerki albo zepsuty laptop". I właśnie te dwa ostatnie są powodem opóźnień w notce. Zaprawdę powiadam wam - jeśli chcecie życzyć najgorszemu wrogowi czegoś naprawdę paskudnego, życzcie mu bólu nerek.


I managed to take an advantage of probably the last warm day this year and I took a quick photoshoot of another university outfit in a nearby park. The days are passing, the professors already know my name and know I strive to be a good student, so more and more unusual elements find their way into my outfits. Yet I still feel I need to dress modestly - and what is more modest than lolita? (Muslim girls would probably say maxi skirt is more modest, but in Poland maxi skirts are seen as really extravagant, not to mention more traditional islamic robes). But since I don't like lolita fashion, I had to break the sickly sweet cuteness of this style by adding untypical elements, like striped tights, winklepickers-like booties and fingereless gloves. Like my own face wasn't good enough for destroying all that is cute >D
By the way, I like to take a look at my real hair colour from time to time. Yes, I haven't dyed them ginger, they're naturally chestnut-coloured. 

Udało mi się skorzystać z uroków chyba ostatniego ciepłego dnia tegorocznej jesieni i wyskoczyłam do pobliskiego parku na szybkie udokumentowanie kolejnej stylizacji uczelnianej. Wraz z mijaniem kolejnych dni, w czasie których staram się pokazywać z jak najlepszej strony, do mojego stroju trafia coraz więcej niecodziennych elementów. Mimo wszystko uważam, że nadal musi być grzecznie - a co jest grzeczniejszego niż lolita? Jednak jako że lolity nie lubię, przełamałam przesłodzoną uroczość tego stylu pasiastymi rajstopami, botkami przypominającymi winklepickersy i rękawiczkami z uciętymi palcami. Tak jakby moja własna twarz niedostatecznie burzyła wszelką uroczość >D
Nawiasem mówiąc, lubię od czasu do czasu popatrzeć na naturalny kolor moich włosów. Tak, to nie farba, jestem naturalnie kasztanowa.




Velvet overdress - bought from a friend
Tulle skirt - thrift store
Shirt with bow - thrift store (F&F)
Vintage hat with velvet roses - bought from a friend
Buckle boots - H&M
Vertical stripe tights - H&M
Feather and roses brooch - handmade
Key necklace - Lokaah
Pearl necklace - Chinese market
Fingerless gloves - thrift store
Petticoat - thrift store

12 października 2014

Tempvs est iocvndvm

Two weeks after my moving and first week of my student life have already passed. I promised to let you know what I'm going to study - I'm on a interdisciplinary studies, which means I myself choose which subjects I want to attend to. I think it's the closest you can get in Poland to Western system of major and minor fields of study - and my major field is classical studies and Mediterranean culture. Learning Latin and Greek was my old dream which I forgot due to its impracticability... After being accidentally reminded about it I decided to give it a try and go to university once again, to learn at last all of the things I've been loving for such a long time. And I do love my new studies, because I have nearly all subjects close to my heart: Latin, Classic and Modern Greek languages, linguistics, history and art of ancient Middle East... <3 Sadly, I don't attend a course of reading hieroglyphs, because it overlaps with my Modern Greek, but I'll try next year, it won't escape from me >D Despite I'm stressed after this quite tight first week, I'm really, really delighted. Expect lots of Latin titles >D

Minęły już dwa tygodnie od mojej przeprowadzki i pierwszy tydzień akademickiej nauki. Wywiązując się z danej obietnicy chwalę się, że jestem na humanistycznych studiach międzyobszarowych, co oznacza, że sama sobie dobieram przedmioty. Jednak muszę mieć też kierunek wiodący i na ten kierunek wiodący wybrałam filologię klasyczną z kulturą śródziemnomorską. Brzmi być może przerażająco i nieżyciowo, jednak filologia klasyczna była od bardzo dawna moim wymarzonym kierunkiem studiów, o którym jednak zapomniałam właśnie z racji "nieżyciowości"... Przypadkowe przypomnienie mi o nim bardzo mnie zabolało, lecz sprawiło też, że postanowiłam zaryzykować i po raz kolejny iść na studia, tym razem takie, które będę kochać. I kocham, bo mam na nich wszystko to, co uwielbiam: łacinę, grekę klasyczną i współczesną, przedmioty językoznawcze, historię i sztukę cywilizacji starożytnego Bliskiego Wschodu... <3 Niestety, nie mam hieroglifów, gdyż paskudnie pokryły mi się z nowogreckim, ale zaatakuję je za rok, nie uciekną mi >D Choć jestem zestresowana po napiętym logistycznie tygodniu, tak jestem też przeszczęśliwa. Spodziewajcie się dużej ilości tytułów po łacinie >D


And it's the outfit I've been wearing during last week. I think it's unnecessary and a bit wrong to dress crazily when you start classes in a new place - I felt like it would be better to just slightly accent my unusual style. Since you don't pay for studies in Poland, you are not valuable and if one of the professors won't like the way you dress, he will do anything to prove you don't belong here and get you expelled. So the time for more extravagant outfits will come later, when the professors will already know my looks aren't the only and main thing I have to offer. It's better to do it this way, than later fight with possible prejudices. I wore a vintage dress made of real cotton velvet (it collects lint like it was being paid for this), simple black tights, laced ankle boots and several rings to give the outfit an edge. What I couldn't deny myself was heavy eye make-up - I would like to be able to make it more modest, or rather to be able to look good in such. As for now, it's the only style that suits me.

A to stylówka, którą nosiłam w minionym tygodniu. Uważam, że nie warto nadmiernie szaleć ze swoim wyglądem w pierwszym tygodniu nauki w nowym miejscu - wolałam dość delikatnie zaznaczyć swój odmienny styl ubioru, a do bardziej ekstrawaganckich stylizacji przejdę wtedy, gdy wykładowcy będą już wiedzieć, że interesujący wygląd to nie mój jedyny i nie główny kapitał. Łatwiej jest przekonać do siebie ludzi w tę stronę, niż potem walczyć z możliwymi uprzedzeniami. Tak też założyłam vintage sukienkę z prawdziwego bawełnianego aksamitu (zbiera kłaczki jakby jej za to płacili), jednolite rajstopy i sznurowane botki, do tego kilka pierścionków dla dodania pazura. Tym, czego nie potrafiłam sobie odmówić, jest mocny makijaż oczu - chciałabym umieć robić słabszy, a raczej chciałabym umieć wyglądać w takim dobrze. Póki co ten jest jedynym, który mi służy.






Velvet mini dress - thrift store, shortened
Felt boater hat - H&M
Laced ankle boots - thrift store
Choker - old chain belt 
Green necklace - tourist stall in Venice
Black ring - H&M
Bat, cross and snake rings - Lokaah
Band rings - Diva and gift from a friend


I'm not sure whether I should put photos of Wroclaw here... I decided to show photos of Lodz to convince my readers it's not as ugly and grey as it's thought to be - why should I do the same thing with city well known for its beauty? But it's a late hour right now, I'll put this moral dilemma aside for now - I had to have photos from this place. From a very sentimental reason. When I saw these unraked leaves, these crooked pavers, these monumental poplars in front of red brick wall which can be seen on the first outfit photo, it reminded me of Lodz. More specifically, of the place from my childhood times, which changed greatly and which had looked just like I've written. And the rest of the photos just went... I'm crazy about red vines anyway. This building looks like a dark mansion taken straight from a 19th century gothic novel, you can easily imagine Dracula/werewolves/mad scientist-necromancer living inside... but it's just a museum of art >D

Nie wiem, czy powinnam wstawiać zdjęcia Wrocławia... Zdecydowałam się dawać zdjęcia Łodzi by przekonać czytelników, że nie jest tak brzydka i szara jak zwykło się mówić - czemu mam to robić w przypadku miasta, o którym powszechnie wiadomo, że jest piękne? Ale jest późna godzina, odłożę tedy ten dylemat moralny na później - tym bardziej, że zdjęcia stąd musiałam mieć. Z bardzo sentymentalnego powodu. Otoczenie, w którym jestem na pierwszym zdjęciu z rzutu stylówowego, z tymi nieuprzątniętymi liśćmi topoli, z tymi krzywymi płytami chodnikowymi, z tymi potężnymi topolami na tle ceglanego muru skojarzyło mi się... tak. Z Łodzią. A konkretnie z pewnym miejscem, które już bardzo się zmieniło, a które towarzyszyło mi przez większość dzieciństwa i wyglądało dokładnie tak, jak w tym krótkim opisie. A reszta zdjęć sama jakoś poszła... mam zresztą bzika na punkcie jesiennej winorośli. Ten budynek wygląda jak ponure domostwo żywcem wyjęte z XIX-wiecznej gotyckiej powieści, aż widzi się, jak grasuje tam Dracula/wlkołaki/szalony doktor-nekromanta (niepotrzebne skreślić)... a tu o, muzeum sztuki >D