13 grudnia 2014

Boudoir on the Moon 'Lady with a Cameo' bag

After nearly 5 years of use my bag slowly started to show signs of age. Additionally, it was very plain and reduced the already low level of alternativeness in my outfits. And although it was functional, it didn't quite fit A4 format, which I usually had to fold a bit on the edges. A new bag had to meet some criteria: it should be big enough for A4, have an interesting gothic design which wouldn't be seen on every gothic girl out there, and preferably be made in Poland. And it should not, under any circumstances, be from a certain Polish shop with dark fashion~
What caught my eye was Boudoir on the Moon, a Polish artist.

Po blisko 5 latach użytkowania moja torba zaczęła powoli zdradzać oznaki starzenia się (i to dosłownie powoli; gdybym pokazała jej spód albo wnętrze, to co niektórym posiadaczom torebek droższych oko mogłoby zbieleć. Czego znowu nie mogę powiedzieć o pasku >D). Była przy tym mocno zwyczajna i odbierała te znikome ilości alternatywnej estetyki moim strojom, a choć była funkcjonalna, to jednak A4 trzeba było nieco zginać na rogach. Nowa torba musiała więc spełniać kilka warunków: bezproblemowo mieścić A4, mieć mało popularny, a ciekawy, gotycki projekt, oraz w miarę możliwości być produktem polskim. I pod żadnym pozorem nie być z oferty pewnego mhrhocznego sklepu znajdującego się na terenie Polski~
Wybór padł na Boudoir on the Moon, polską artystkę, której niektóre torebki można kupić między innymi za pośrednictwem strony Raven Market. Ja kupowałam jednak bezpośrednio od autorki, gdyż, cóż, każdy chce zarobić, ale każdy chce też zaoszczędzić, toteż gdy zobaczyłam możliwość ominięcia sklepowej marży - skwapliwie z niej skorzystałam. Taka jestem.



I've been looking for messenger bags mostly, because they're more practical. But it shouldn't be a secret that in 9 out of 10 cases I'll choose an item because of its looks, not practicability. And that's how I came into possession of a handbag without a shoulder strap. But how lovely it is <3
First impression: it doesn't stink of glue nor anything else, and is stuffed with something, making it fluffy, even when it's empty. It's made of black velvet and a little less black suede, decorated with as much as five different types of lace, pale blue piping and above all, with an oval portrait of an Edwardian lady. The portrait seems to be printed on stiff fake leather, and it was described as resistant to rubbing, we'll see. It annoys me a little that biggest lace bit is sewn wrong side out.

Rozglądałam się przede wszystkim za teczkami, bo są praktyczniejsze. Jednak nie robię żadnego sekretu z faktu, że w 9 przypadkach na 10 mój wybór będzie podyktowany zachwytem nad wyglądem, a nie funkcjonalnością kupowanej rzeczy. I tak właśnie znalazłam się w posiadaniu torebki z rączkami, bez paska na ramię. Ale za to jakiej pięknej <3
Pierwsze wrażenie: nie śmierdzi klejem ani niczym innym i jest czymś wypchana, dzięki czemu jest puchata, nawet bez niczego w środku. Została uszyta z czarnego jak smoła aksamitu i nieco mniej czarnego zamszu, oraz ozdobiona aż pięcioma rodzajami koronki, błękitną lamówką ze sznurkiem i przede wszystkim nadrukowanym na sztywnej ekoskórce wizerunkiem edwardiańskiej damy. Aplikacja ma być ponoć odporna na ścieranie, zobaczymy. Póki co jedna z koronek dostała minus, gdyż jest przyszyta na lewą stronę - nie drażniłoby mnie to aż tak, gdyby nie fakt, że to ta największa.


The back side - simple, plain, nothing to write about really. The piping on both sides matches. I like the unusual way the straps were sewn, it makes them look very durable.

Tył - prosty, gładki, nie ma co się rozwodzić. Lamówki obu stron ładnie się schodzą na bokach. Podoba mi się niespotykany sposób, w jaki zostały zrobione rączki, daje nadzieję na dużą ich trwałość.


We all know habits of velvet fabric around the world, and my windowsill is full of dust, so forgive me all the white lint. I'm wondering, though, why the zip is longer on one side. If it was meant for covering the inside of the bag, shouldn't it be long on both sides...?

Wszyscy znamy zwyczaje aksamitów całego świata, a ja nie mam zamiaru specjalnie do zdjęć oczyszczać z kłaczków tak niewidocznej strony jaką jest spód, bo i parapet mam zakurzony, i torebka jest w użyciu od kilku dni. Zastanawia mnie natomiast, czemu suwak jest wszyty tak, że jest dłuższy z jednej strony. Gdyby miał za zadanie maskować wnętrze, to chyba powinien robić to po obu stronach...?



The lining, made with one of the worst fabrics for lining in my opinion, satin polyester (only pure cotton is worse), is not sewn with the shell fabric. What's more - it's visibly shorter on one side. But does it bother me? Not really, to be honest. I don't pull the lining out with the pieces I'm carrying, and the assymetry doesn't lessen the carry capacity.
Speaking about the carrying capacity... The bag looks rather small on the photos, doesn't it?~

Podszewka, zrobiona z jednego z najgorszych moim zdaniem materiałów na podszewki, jakim jest czepliwy satynowy poliester (gorsza jest już tylko bawełna), nie została przytwierdzona do bocznych i dolnego ściegów. Co więcej - jest wyraźnie krótsza z jednej strony. Ale czy mi to przeszkadza? Szczerze mówiąc nie. Ani jej nie wyciągam przy wyjmowaniu rzeczy z wnętrza torby, ani ta asymetria nie zmniejsza pakowności torebki.
A skoro już wspomniałam o pakowności... Torebka na zdjęciach wygląda bardzo niepozornie, prawda?~


I can see peeking ŠAMŠUM - Akkadian word for the Sun (the handwriting is not mine by the way).

It really fits A4 format. It fits quite a lot of things in A4 format. Let's be reasonable though, I don't carry with me even half of these things, and I certainly don't plan carrying around 3 tomes of Eliade, since they wanted to rip my arm off. What's better - the bag, even when stuffed with that much things, doesn't lose its tear-like shape and easily closes.

Ona naprawdę mieści format A4. Ba - całkiem dużo rzeczy w formacie A4. Bądźmy jednak rozsądni, to tylko dla celów eksperymentalno-podglądowych, nie noszę ze sobą nawet połowy tych rzeczy. A już na pewno nie mam zamiaru targać wszędzie trzech tomiszczy Eliadego, które zdradzały chęci urwania mi ręki. Co lepsze - torebka wypchana taką ilością rzeczy nie tylko bezproblemowo się zamyka, ale i nie traci przy tym swojego zgrabnego łezkowatego kształtu.


To sum things up - I'm very pleased with the purchase, however it cost quite a lot and isn't free from few small flaws. I don't mind carrying it in my hand, because I don't need to have free hands (though I suppose the moment of confrontation between floor-length skirt and stairs will force me to change my words). But even then, the straps are long enough to allow me to carry it on my arm.

Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z nabytku, choć swoje kosztował i mimo jego drobnych wad. Nie mam też potrzeby mieć wolne ręce (aczkolwiek coś czuję, że moment konfrontacji spódnicy do ziemi ze schodami zmusi mnie do odwołania tych słów), więc uszy mi nie przeszkadzają. Są zresztą na tyle duże, że z łatwością mogę zarzucić torbę na ramię.

30 listopada 2014

Alice in her party dress

The second and last day of Return to the Batcave festival has come to an end and the only thing besides photos that reminds me about the amazing time I had are sore muscles in my arms and waist (wut). As for me, this evening has been dominated by bands with female vocalists - although they were slightly outnumbered by bands with male vocalists, in my opinion they were way better musically and gave better shows. Totenwald, Hatestory, Ba13 - I had the most fun during their gigs. I also enjoyed Ascetic, their music was not the one to dance crazily, but it was wonderfully trancing, yet not boring. The rest of the bands didn't rip my fishnets, and I was 69274% done when some unbelievable idiots, who apparently couldn't read and understand a simple message written on the door, started to smoke inside the club, so I went nuts and left during the gig of Soror Dolorosa. With no bigger regrets, though, because imitating The Sisters of Mercy can never be done right.

Drugi i ostatni dzień festiwalu Return to the Batcave dobiegł końca i poza zdjęciami na tle drzwi do kibelków (bo oficjalnych jeszcze w necie nie ma >D) już tylko zakwasy w rękach i talii przypominają mi o tym cudownie spędzonym czasie. Ten wieczór był jak dla mnie zdominowany przez zespoły z kobietą na wokalu - choć co prawda ilościowo wypadło ich o jeden mniej niż tych z facetem, to moim zdaniem pod względem muzycznym, dania show i porwania w tan publiczności babeczki rozgromiły całą resztę. Totenwald, Hatestory, Ba13 - na tych koncertach wytańczyłam się wczoraj najlepiej. Bardzo podobał mi się także występ Ascetic, choć nie była to muzyka do szaleństw, to i tak cudownie wprawiała w trans bez przynudzania. Reszta zespołów nic mi nie urwała, a skończeni idioci pozbawieni zdolności czytania prostych komunikatów, którzy palili w klubie papierosy, ostatecznie przekonali mnie do urwania się z Soror Dolorosy - wszakże bez większego żalu, bo naśladownictwo The Sisters of Mercy nigdy nikomu nie wychodzi dobrze.


Contents:
Top - event merchandise, acquired on first day
Skirt - H&M
Shrug - thrift store
Boots - Wojas
Gloves - handmade
Cuffs - handmade
Necklaces - three old chain belts, H&M, souvenir from seaside, two bracelets and pendant on safety pins
Pseudo rosary - KappAhl

29 listopada 2014

Return to the Bat-Gay

Ha! I bet you lately look at me through the lens of my newest, toned down outfits and long break from posting anything, so you've forgotten, which gothic style Ra loves the most. However, to be honest, the profile photo on the right was to remind you constantly, what my true colours are...~ And the colours are these of gothic oldschool. Heavy oldschool mixed with deathrock. Teased hair, tons of ripped tights, non-matching garments, heavy make-up and more chains than a neck can carry - all with a splash of cheesy zombie horror look. So if you're a person who followed this blog recently hoping to look at elegant gothic outfits, then the photos below will surely surprise you very much. But that's who I really am and I can't be sorry for this >D In fact, I can actually be proud of this outfit, because I found most of these clothes during last two weeks.

Ha! Mogłabym się założyć, że od dłuższego patrzycie na mnie przez pryzmat moich ostatnich stonowanych stylizacji i wcześniejszej długiej przerwy w postowaniu czegokolwiek i pozapominałyście, jaką to stylistykę gotycką Ra lubi najbardziej. Choć, między Morzem a prawdą, zdjęcie profilowe widoczne po prawej stronie miało na celu wam nieustannie sugerować, co tak naprawdę we mnie siedzi i co może się kiedyś jeszcze zamanifestować...~ A siedzi we mnie mały żelkowy nietoperz, który kocha gotycki oldschool. Ciężki oldschool zmieszany z deathrockiem. Natapirowane włosy, podarte rajstopy w ilościach hurtowych, niepasujące do siebie elementy, wyzywający makijaż i więcej żelastwa niż szyja może unieść - a to wszystko sowicie podlane kiczem jak ze złego zombie horroru. Tak też jeśli jesteś osobą, która zaobserwowała tego bloga niedawno, z nadzieją popatrzenia na elegancki gotyk, to poniższe zdjęcia mogą cię bardzo zdziwić. Ale to jest właśnie to, kim jestem i nie jest mi przykro z tego powodu >D Wręcz mogę być dumna z tej stylizacji, bo jej główne elementy składowe zdobywałam desperacko przez ostatnie dwa tygodnie.

With friends before heading off to the club.


Contents:
Top - thrift store, altered by me
Skirt - thrift store, originally Atmosphere
Corset - Rebel Madness
Shirt - made from thrifted tights
Boots - Wojas
Tights - three pairs, striped from H&M, fishnet thrifted
Necklaces - old chain belt, ankle bracelet swapped with friend, Chinese market, H&M, Lokaah, souvenir from the seaside
Bracelets - Lokaah
Rings - present from friend, H&M, Diva, Lokaah

It's a party outfit of course. Yes, it happened at last and I went on my first music festival on 28th of November. Return to the Batcave, that's what it's name is and it's a two days long event organised in Wroclaw, where play bands which have in common a certain oldschool and horror sound, while their genres are quite different from each other. I've been eyeing this event for some years, but been always discouraged by the necessity of going to another city - now I live here, so I decided to take the chance and experience how does it feel when batcave plays loudly for several hours and people around look like taken straight from the 80s. I wasn't disappointed.
I went there without knowing any of the bands, I've just heard their names at some point of life. My favourite during yesterday evening was The Mescaline Babies - an excellent, energetic deathrock; I danced so hard during their gig that lacquer completely fell off from my black pearls and they're not black anymore (instead, my cleavage was). I greatly enjoyed also the gig of the gothabilly-horrorpunk The Last Days of Jesus and was positively surprised by Joanna Makabresku, the only one band I knew before and knew I don't like their music. Maybe it was the magic of a live gig, but I had a really good time. I found Popoi Sdioh to be the weakest part of the festival - maybe the rest of the songs they played were better than the first, but I hadn't give myself a chance to check it. The Spiritual Bat had a bad timing, I liked their music, but it was way too... well, spiritual and atmospheric to be played on the end, where half of the people were tired and sleepy.
In a few hours, still today, I'll be heading off to the second day of the festival. In different clothes, because the opportunities to dress in batcave clothes happen way too rarely in my life so I have to exploit this chance to the maximum.

Rzecz jasna to stylizacja imprezowa. Tak - wreszcie się to stało i 28 listopada poszłam na pierwszy festiwal muzyczny w życiu. Return to the Batcave, tak brzmi jego nazwa i jest dwudniową imprezą organizowaną we Wrocławiu, w czasie której dają koncerty zespoły, które łączy ten nieuchwytny klimat oldschoolu i horroru, a rozpiętość gatunkowa grup jest całkiem spora. Od paru lat właściwie miałam oko na tę imprezę, lecz zawsze zniechęcała mnie konieczność jechania do innego miasta - teraz mam ją na miejscu, więc postanowiłam skorzystać z tej okazji i poczuć, jak to jest, gdy przez kilka godzin huczy batcave nie ze słabych głośników, a dookoła są inni ludzie wyglądający jak przeniesieni żywcem z lat 80. Nie zawiodłam się.
Poszłam na festiwal bez znajomości muzyki żadnego z zespołów, chociaż słyszałam ich nazwy. Moim osobistym hitem wczorajszego wieczoru stało się The Mescaline Babies - świetny, energiczny deathrock, który porwał mnie do tak dzikich pląsów, że z moich czarnych perełek całkowicie odlazła emalia i czarne już nie są (za to mój dekolt był). Tak, powyższe zdjęcia były zrobione tuż przed ich koncertem >D Świetnie wybawiłam się też na gothabilly-horrorpunkowym The Last Days of Jesus. Pozytywnie zaskoczyła mnie Joanna Makabresku, która była jedynym zespołem, który słyszałam wcześniej i nie przypadli mi do gustu - nie wiem, czy to nie sprawka tej magii występu na żywo, ale podobało mi się. Słabym punktem było dla mnie Popoi Sdioh, z którego się zmyłam, więc nie wiem, może kolejne kawałki był lepsze niż pierwszy - i The Spiritual Bat, którego muzyka sama w sobie bardzo przypadła mi do gustu, ale była zbyt... hm, uduchowiona i nastrojowa jak na zespół grający na samym końcu, gdy połowa gości jest na granicy spania.
Za kilka godzin, jeszcze dzisiaj, będę zmykać na drugi dzień festiwalu. W innych fatałaszkach, bo gdy tak rzadko ma się okazję do wskoczenia w tak kochany batcave, trzeba maksymalnie korzystać z otrzymanej raz okazji.

nRelate All Pages